Coś więcej niż wynik
Po domowej porażce szanse w play-offach spadły niemal do zera. Nad klubem krążą ciemne chmury. Jego przyszłość wciąż jest tajemnicą, nawet dla wróżbitów. Fani żużla w Łodzi nie są pewni, czy w kolejnym sezonie będą mieli za kogo trzymać kciuki.
Może właśnie dlatego, przeciwko wszystkim trudnościom, wybrali się tak licznie do sąsiedniego województwa. Tam, przy stadionie wypełnionym nie gorzej od kieszeni kleptomana, rozegrał się bój o coś więcej niż awans do półfinału. Tym czymś była wiara w czarny sport w oczach wielu fanów. Jednak zacznijmy od początku.
Mamy piękne niedzielne przedpołudnie. Przeciętny Polak wyciera kromką chleba resztki jajecznicy z patelni. Później szuka wymówki, aby nie pójść do kościoła. Aczkolwiek nie należą do tego gatunku ludzie, którzy licznie zbierają się przed Moto Areną.
Gniazdo w sercu
W ich sercach Orzeł uwił sobie gniazdko. Kochają oddychać spalinami oraz wolą słuchać ryków motorów niż muzyki Sanah. Przybyli ludzie w każdym wieku, przyszli z rodzinami i przyjaciółmi, żeby wspólnie doświadczyć czystej adrenaliny. Zapełnili dwa autokary, jadą wspierać swoją drużynę na terytorium przeciwnika.
W kolejce do autobusu zagaduję do jednego z wielbicieli biało-niebieskich. Pół twarzy czerwonej od słońca zasłaniają mu ciemne okulary.
— Jaki nastrój przed meczem? — pytam.
— Nie chce komentować, bo po co się denerwować — odpowiada.
W drodze nastroje kibiców są pogodne, każdy próbuje zachować chłodny optymizm. Opony busów pożerają asfalt, do pierwszego biegu zostały niecałe dwie godziny. — Doskonale wiemy, że jedziemy dobrze się bawić, ale ja trzymam marzenia blisko ziemi — mówi kobiecy głos z tylnych siedzeń.
W atmosferze łatwo wyczuć lekki swąd defetyzmu, że dalszy etap zawodów jest za zamkniętą furtką. Rozmowy kręcą się wokół polecanych kierunków wakacyjnych, polityki i przepychanek z urzędem skarbowym.
W połowie drogi Marek, który na meczach prowadzi doping, zagaduje koleżankę siedzącą obok mnie. Ze swoim głębokim, operowym basem mógłby zrobić karierę solisty. Na stadionie rozgrzewa sektor żużlowych pasjonatów do czerwoności. Jest też ważnym członkiem fanklubu. Nastrój przedmeczowy skłania go do refleksji. — Łódzki stadion jest położony obok jednej z głównych ulic w mieście, ale mało mieszkańców ma świadomość, co rzeczywiście się na nim dzieje — podsumował gorzko. Nie brakuje emocji związanych z tym, co dalej z czarnym sportem w Łodzi.
Czas mija, dojeżdżamy już do Ostrowa Wielkopolskiego. Nastroje ulegają lekkim zmianom. W autokarze bardziej pozytywni fani intonują: „Orzeł wygra ten mecz, niech się niesie zwycięska pieśń”.
Kamienne schody
Z nieba leje się żar, kamienne schody sektorów nagrzały się jak patelnia. Trybuny przeciwnej drużyny są gęsto zasiedlone. Od gospodarzy bije bezczelna pewność siebie. Wygrali rundę zasadniczą. Znają swoje podwórko od podszewki. Polewaczki zraszają tor, zgromadzeni zwilżają gardła chłodnymi napojami. W przygotowaniu do pierwszego biegu łodzianie rozwieszają na płocie klubowe flagi.
Jako pierwsi w szranki staną Luke Becker razem z Oskarem Polisem kontra Chris Holder i Wiktor Jasiński. Fani zrywają się z siedzeń. Tysiące gardeł zanosi się śpiewem. Pomimo przewagi liczebnej ostrowian, łodzianie niczym jedna wioska zamieszkana przez nieugiętych Galów, nie pozwalają się zagłuszyć. Lada moment taśma pójdzie w górę, zacznie się mecz. Trzy, dwa, jeden…
Euforia i wybuch radości wśród kibiców Orła. W pierwszej rywalizacji biało-niebiescy zdominowali rywala. Fani przyjęli ten bieg za jaskółkę nadziei, która może zwiastować utrzymanie się w grze o awans. Po pierwszej serii, ku zaskoczeniu gospodarzy, zawodnicy z Łodzi prowadzili w meczu. Ich miłośnicy naelektryzowani nową otuchą ćmili papierosy, w oczekiwaniu, co przyniesie najbliższa godzina.
Słońce nad stadionem zaszło. Ostrovia zaczęła skutecznie odzyskiwać punkty oraz efektywnie budować przewagę nad rywalem. W czasie przerw rosło stężenie kortyzolu u gości. Jednakże Orły walczą zaciekle, po ósmym starcie, pierwszy raz w meczu zgarniają maksymalną liczbę punktów. Niestety po serii remisów karnawał dla łodzian dobiegł końca. Wynik meczu jest przesądzony, ale kibice drużyny H. Skrzydlewska Orzeł Łódź, do ostatniego wyścigu dodają otuchy zespołowi.
Kurz po bitwie
Kiedy kurz opada, widać po twarzach ludzi, że mieszkają w nich dwa wilki. Pierwszy ciężko przełyka smak porażki, drugi jest dumny, że nie sprzedał skóry tanio. Po kilku minutach zawodnicy wraz z trenerem wychodzą do kibiców, którzy pokonali dla nich szmat drogi, są przyjmowani brawami. Kibice odśpiewali przyśpiewkę, w ten sposób podziękowali sobie wzajemnie za cały sezon. Pół trasy powrotnej pasażerowie autokaru są pogrążeni w marazmie. Wymieniają się uwagami odnośnie do meczu. Doceniają, że drużyna zakończyła ligę w lepszym stylu, niż zaczęła. Po przystanku na kolację odzyskują siły. W trakcie jazdy urządzają pomiędzy dwoma autobusami konkurs na najkreatywniejszą przyśpiewkę. Nagrania przesyłają między sobą online. Nie ma mowy o stypie, klimat jest weselny. Wkrótce wysiądą pod Moto Areną i rozejdą się do domów. Następnego dnia przywitają codzienną rzeczywistość. Jakże inną od tej, gdy są w żużlowym świecie. Póki co są razem, udowadniając swoją wiernością oraz entuzjazmem, że niezależnie jak potoczy się los klubu, żużel w Łodzi zawsze będzie miał dla kogo istnieć.
Karol Zabłocki
Młoda kibicka Nikola Zając opowiedziała nam o swojej pasji do żużla i fotografii.
Zwyciężył Szymon Trzewikowski, a drugie miejsce zajęły Nikola i Natasza Zając.
Miał 13 lat, kiedy po raz pierwszy trafił na mecz żużlowy. Dziś, 16 lat później, nadal siedzi na trybunach – z tą samą pasją, emocjami i apetytem na więcej. O pierwszym wyjeździe, ulubionych zawodnikach i sile kibicowskiej wspólnoty opowiada Bartosz Mokwiński.
Z Warszawy na Moto Arenę – Teresa Juraszek nie wyobraża sobie niedzieli bez hałasu silników i emocji na torze.
Rozmowa z Mateuszem Ruprechtem o tym, jak od dziecka wkręcił się w czarny sport, a od kilku lat kibicuje łódzkim Orłom.
Od kiedy na świat przyszły moje wnuki, to pakujemy całą ekipę i ruszamy na mecz razem, opowiada Katarzyna Jędrzejczak.










