Strzelamy sami sobie w kolano
Niefajne są takie mecze do jednej bramki, zwłaszcza na własnym torze. Cały czas mamy problem z powtarzalnością nawierzchni, ale to nie może być wytłumaczeniem. W pewnym momencie trzeba było się po prostu przestawić i nadrobić straty. A wyszło na to, że zawodnik, o którym jeszcze kilka dni temu pewnie niektórzy nie myśleli, że w ogóle wystartuje – bo diagnoza, która poszła do opinii publicznej, była, jaka była – okazał się naszym liderem w tym spotkaniu.
Znowu się ugotowaliśmy. Tor był zupełnie inny niż na wczorajszym treningu. Przyczyny tego stanu częściowo znamy, częściowo nie. Nie chcę mówić o tym publicznie, ale jako organizacja sami sobie strzelamy w kolano. Bierzemy to na siebie – nie wytykamy nikogo palcami. To po prostu nie działa tak, jak powinno. Wczoraj na treningu było dobrze, dziś wszystko się posypało, jeśli chodzi o ustawienia. Mimo to uważam, że nie powinniśmy byli aż tak długo się przestawiać.
Ciekawe jest to, że właśnie ci, którzy wczoraj byli najszybsi i najlepsi, dziś wyglądali zupełnie inaczej. A jeśli chodzi o odczytywanie niuansów toru – połowa zawodników mówiła jedno, połowa zupełnie co innego.
Staramy się to wszystko zebrać i przeanalizować, ale momentami brzmiało to bardzo dziwnie. I tyle. Taki właśnie często bywa żużel. Szkoda, że znowu padło na nas – i to u siebie. To naprawdę niefajne uczucie. Zostajemy teraz(rozmawialiśmy zaraz po meczy -przyp. red.), żeby wszystko jeszcze raz przegadać, przemielić i… zobaczymy.



