Niby było dobrze, tylko skończyło się źle
Przed meczem pewnie wielu kibiców brałoby taki scenariusz i wynik w ciemno. Po klęsce w Lesznie nie było wielkich nadziei na zwycięstwo Orła. Jednak ze strony klubu płynęły dość mocne zapowiedzi postawienia twardych warunków faworytowi rozgrywek i powalczenia o zwycięstwo. I rzeczywiście Orzeł postawił poprzeczkę dość wysoko. Jednak nie na tyle, aby ten mecz chociaż zremisować.
Początek jak ze scenariusza
Słysząc o przygotowaniach do tego meczu, zastanawiałem się, czy wreszcie one coś dadzą. Czy efekt treningu zobaczymy na torze? Obserwując próbę toru, miałem wrażenie, że rzeczywiście drużyna ma jakiś plan, a zawodnicy Orła łapią prędkość w tych próbnych biegach. Wyjechała para, która miała zacząć mecz, tak jakby chciała sprawdzić, czy wszystko, nad czym pracowali, nadal działa. Plusem dla Orła było na pewno to, że pogoda w Łodzi jest od kilku dni stabilna i treningi mogły odbyć się w takich warunkach jak mecz. Tor – mimo wysokiej temperatury – przygotowano tak, by był przyczepny. A polewaczka skrupulatnie polewała miejsca na torze z różnym naciskiem. Pierwszy bieg ewidentnie był pokazem dobrego przygotowania Orła do meczu. Duet Milik, Chmiel dał nadzieję, że może uda się powalczyć. Bieg juniorski nie miał żadnej wielkiej historii. Punkt przywiózł Orgacki. W trzecim biegu zamiast Bartkowiaka pojawił się Andersen. Pojawił się też pierwszy problem z maszyną startową. Bieg ten pokazał, że decyzja, żeby postawić na Andersena była dobra. Po dobrym starcie dowiózł drugą pozycję. Sporo się działo między Kołodziejem a Lyagerem w walce o trzecie miejsce. Tasowało się, ale ostatecznie to Andreas zgarnia punkt. W czwartym biegu bardzo dobrze pokazał się Buszkiewicz, który wystartował jak z rakiety z drugiego pola i nie oddał już prowadzenia. Okazał się lepszy od Cooka, któremu odpadła na starcie osłona sprzęgła, co jednak nie miało technicznego wpływu na jazdę. Mogło jednak mieć na chwilę zawahania po starcie. Pierwsza seria to po jednym podwójnym zwycięstwie i dwa remisy.
Najlepsza seria
Zastanawialiśmy się, w jakim kierunku pójdą korekty w zespołach. Co przyniesie druga seria? Jak się okazało, to była najlepsza seria łódzkiej drużyny. Wygrała ją 10:8, co pozwoliło objąć prowadzenie. A mogło być ono większe, gdyż już w biegu piątym na starcie został Cook. Andersen bieg wygrał, jednak Milik nie dał rady dogonić Parnickiego. Mogło być 5:1, a było 4:2.
Goście odpowiedzieli podwójnym zwycięstwem, a Lyager stracił drugie miejsce na rzecz Pickeringa na wyjściu z pierwszego łuku. Wymiana ciosów jednak w tej fazie meczu trwała. I na koniec serii Chmiel z Wojdyło też wygrywają podwójnie. I trzeba to docenić, bo zostawiają w tyle Zengotę i Manię (okrzyknięty młodym mega talentem). Wojdyło pokazał w tym biegu dobrą defensywną jazdę, odpierając ataki Grzegorza Zengoty.
Odwracanie wyniku
W trzeciej serii zaczęło się odwracanie wyniku. Orzeł przegrał ją czterema punktami, co pozwoliło gościom wyjść na prowadzenie. Wcześniej wymiana ciosów była jeden za jeden. Seria zaczęła się od dwóch wygranych gości z rzędu. W biegu ósmym Lyager trzeci raz przywiózł tylko jeden punkt i był lepszy tylko od Buszkiewicza, a miał dobrze funkcjonujące miejsce od krawężnika. Jednak na pierwszym łuku dał się objechać Parnickiemu i Cookowi. W kolejnym biegu Kołodziej był poza zasięgiem. Jednak Orzeł jechał na remis i strasznie szkoda tego biegu, bo Wojdyło stracił trzecie miejsce na rzecz Pickeringa dopiero tuż przed metą. I dało to wygraną gości. To jeden z biegów, który zaważył na całym układzie meczu. Serię zakończyło zwycięstwo Orła 4:2, mimo że łódzka drużyna była na prowadzeniu 5:1. Milik dojechał pierwszy, jednak Andersen stoczył dużą walkę z Zengotą i musiał uznać wyższość bardziej doświadczonego zawodnika.
Powiększanie przewagi
Czwartą serię Orzeł zaczynał z dwupunktową stratą. Przegrał ją najbardziej ze wszystkich, bo aż 6:12. Zaczęło sobie od remisu, ale zaznaczmy, że trzeba go było wyszarpać. Leszno jechało już na 5:1, ale para Chmiel i Andersen była w stanie odwrócić tę sytuację. Chmiel ambitnie powalczył z Pickeringiem i zrobiło się miejsce dla Andersena. Wygrał Cook. Potem jednak znów nastąpiły dwie przegrane z rzędu. Nim jednak to nastąpiło, znów dała o sobie znać maszyna startowa. I bieg dwunasty do powtórki. Kołodziej był w nim poza zasięgiem dla Milika. Jednak szkoda punktu, który zabrał Orgackiemu w trzecim okrążeniu Mania. Remis w tym biegu zupełnie inaczej ustawiłby dalsze losy spotkania. Junior Orła jechał zbyt blisko kredy i dał miejsce na wyprzedzenie. Trzynasty bieg był odarciem ze złudzeń o zwycięstwo w tym spotkaniu. I był też potwierdzeniem słabego występu Andreasa Lyagera. Bez zdobytych przez niego punktów Orłowi ciężko myśleć o wygranej szczególnie z takim rywalem. A w tym biegu zawodnik z najlepszą średnią nie dołożył nic do dorobku drużyny. Wojdyło jechał na drugiej pozycji, ale został wyprzedzony przez Parnickiego.
Chwila złudzeń w nominowanych
Przed biegami nominowanymi Orzeł mógł już tylko marzyć o remisie. Potrzebował do tego dwóch podwójnych wygranych. Trener Ślączka dokonuje zmian i do pierwszego nominowanego posyła Chmiela (za Bartkowiaka) i Andersena (za Lyagera). Para ta wygrywa podwójnie z Cookiem i Parnickim. Na brawa zasługuje szczególnie Andersen, który powalczył i dołączył do prowadzącego Chmiela. Droga do remisu cały czas była otwarta. W ostatnim biegu na torze mieli pojawić się Milik i Chmiel. Jednak Ślączka znów zmienia i posyła na tor Andersena za Milika. Czyli startuje taka sama para jak bieg wcześniej. Jednak żużlowego cudu nie było i para Kołodziej, Zengota wygrywają podwójnie. A emocje skończyły się już na pierwszym łuku.
Plusy dodatnie i ujemne
Paradoks tego meczu i sytuacji Orła w tabeli polega na tym, że tezę można napisać na każdą stronę. I na obie będą argumenty.
Czy kibice dostali walkę i emocje? Zdecydowanie tak. Na tle bardzo dobrego rywala Orzeł prezentował się dobrze. Szkoda, że w porównaniu do poprzednich spotkań było widać jednak spadek frekwencji na Moto Arenie.
Widzieliśmy zespół, który był zmotywowany i miał plan na ten mecz. To zdecydowanie na plus. Jednak nie znikła bolączka Orła w tym sezonie, czyli by równo pojechało i punktowało więcej niż czterech zawodników. Orła w tym meczu tak naprawdę utrzymywało trzech. Na mega plus występ Andersena. Oby to, co pokazał, udało się utrzymać w kolejnych meczach. Jednak ogromnym rozczarowaniem była postawa Lyagera. W telewizyjnym wywiadzie najczęściej wymienianym przez niego słowem było fuc***g. Przeprosił kibiców, bo nic podczas tego meczu u niego nie działało. Mówił, że zawinił w tym spotkaniu i musi poszukać w sobie odpowiedzi, dlaczego tak się stało.
Na więcej na pewno stać Wojdyło, co pokazał już w tym sezonie. Jest bardzo nierówny w swoich startach.
Dobry mecz pojechał Milik, jednak nie dostał szansy w biegu nominowanym.
Taktyczne szachy, które mieliśmy w nominowanych, też można różnie interpretować. I oczywiście będzie to tylko zwykłe gdybanie. Jednak decyzja, by posłać taką samą parę bieg po biegu, była mocno ryzykowna. To się często nie udaje w przypadku jednego zawodnika, a tu mieliśmy dwóch, którzy mieli motocykle bieg po biegu rozgrzane. Do tego jeszcze temperatura, jaka była na stadionie. Decyzja w stylu – ryzykujmy. Ale można też jej bronić, bo w trakcie meczu Andersen wygrał spod płotu. Więc może warto było spróbować. Co ciekawe Mikkel musiał być chyba w niezłym szoku, że jedzie jeszcze raz, bo po biegu 14 pożegnał się z kibicami rundą po torze, by za chwilę na niego wrócić.
Największa bolączka Orła w tym sezonie to punkty juniorów. W tym meczu dwójka zrobiła 4 punkty. Leszno ma dobrych juniorów, więc bieg juniorski nie był pewniakiem do punktowania. Na plus Buszkiewicz wygrał bieg z seniorami. Było widać poprawę w jeździe Orgackiego, bo tym razem ukończył wszystkie starty. Jednak przez błędy stracił też ważny punkt w tym spotkaniu.
Robert Chmiel potwierdził swoją dobrą dyspozycję i od kilku spotkań wyrasta on na bardzo pewny punkt łódzkiej drużyny.
Za walkę i ambicję punktów nie dają. Warto docenić występ Orła, nie zapominając jednak, że była to szosą porażka z rzędu w tym sezonie. – Chłopaki wylewają poty, ale jeden pojechał dobrze, drugi zawiódł – mówił po meczu trener Ślączka. I to jest kluczowe pytanie. Jak doprowadzić do tego, by wreszcie w jednym meczu ktoś nie zawiódł? Bo czas ucieka, a punkty są bardzo potrzebne.
(TEAM)
9. Robert Chmiel - 12+1 (2*,3,2,2,3,0)
10. Patryk Wojdyło - 3+1 (0,2*,0,1)
11. Vaclav Milik - 9 (3,1,3,2,-)
12. Mateusz Bartkowiak - NS
13. Andreas Lyager - 3+1 (1*,1,1,0,-)
14. Olivier Buszkiewicz - 3 (0,3,0)
15. Seweryn Orgacki - 1 (1,0,0)
16. Mikkel Andersen - 10+2 (2,3,1,1*,2*,1)








