15/08/2026
Start News Co z łódzkim klubem

Co z łódzkim klubem

Otwarte Spotkanie z Zarządem Klubu
Co z łódzkim klubem

- Jestem Witold Skrzydlewski, syn Adama i Heleny. Jestem prezesem, a zarazem właścicielem tego klubu - tymi słowami przedstawił się prezes KŻ Orzeł Łódź podczas dzisiejszego spotkania. - Dla niektórych jestem trumniarz, dla niektórych chuj, dla niektórych gruba świnia, dla niektórych knur i jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, ale ja się tym nie przejmuję. Kłaniam się tu szczególnie wobec pana, który uciął mi głowę i założył świński ryj, ale dojrzeć powinien, że ja zawsze chodzę ogolony. Nie jestem zarośnięty jak ta świnia. Myślę, że temu panu doprawimy głowę psa i to nie rasowego, tylko lichego kundla i dołożymy mu kulę, na której się opiera, bo wiem, który to jest pan. Powinien być bohaterem i żadne związki zawodowe mu nie pomogą, wręcz ośmiesza te związki zawodowe. Jest też pani, która wypisywała głupoty, że jest pięć milionów długów. Myślę, że ta pani sztukę czytania posiada, skoro pisze na komputerze, ale jednej rzeczy nie napisała, że ma mózg wielkości strusia, a struś ma mózg wielkości oka. Proszę państwa,  ta niewielka grupa ludzi potrafiła zniszczyć klub. Dziewiętnaście lat temu jak był słynny ŁTŻ i były wielkie problemy, to myśmy założyli nowy klub. Założyliśmy ten klub od zera, więc tych co, tak pyszczą, że źle rządzimy, pytam, dlaczego nie założą klubu? Pytam się, dlaczego i dlaczego wszystko niszczą?

 

Prezes również zaprezentował koszty, jakie poniósł klub w tym roku. Była to kwota 8 milionów 653 tysięcy złotych, z czego 5 milionów 995 tysięcy złotych to wypłaty zawodników, a 2 miliony 658 tysięcy złotych stanowiły koszty organizacyjne. Następnie zostały zaprezentowane wpływy. Wpływ z biletów to 874 tysiące złotych. Wpływy od sponsorów to 3 miliony 187 tysięcy złotych.

 

- Na minusie zostały 4 miliony 591 tysięcy złotych i tę kwotę wyłożyła rodzina Skrzydlewskich — oświadczył prezes klubu. - Ale zrobiła to po raz ostatni, nie ma takiej możliwości, żeby zrobiła to następny raz. Proszę państwa, po dziewiętnastu latach wydawania pieniędzy oczekujemy jakiegoś szacunku.

 

Witold Skrzydlewski również wypowiedział się o potencjalnych „chętnych” na klub.

 

- Każdy, kto był chętny, zakładał ile my dołożymy do tego interesu. Natomiast ja i moja rodzina nie dołożymy do tego już ani złotówki, bo każdy myślący człowiek uważa, że ja uciekłem z jednego, albo drugiego szpitala, bo proszę pana nie można w ten sposób.

 

Klub o 13:17 na swojej stronie na Facebooku poinformował, że zainteresowanie kibiców jest bardzo małe, również podczas spotkania nie umknęło to uwadze prezesa. 

 

- Myślałem, że będzie tu dzisiaj bardzo dużo ludzi. Jest tylu, że na palcach paru rąk można policzyć. Jest to dowód, że nie warto się w to bawić i w Łodzi nie ma miejsca na żużel. 

Co z łódzkim klubem
Co z łódzkim klubem

Po wypowiedzi Witolda Skrzydlewskiego przyszedł czas na pytania. Formuła spotkania prezentowała się w taki sposób, że kibice, by zadać pytanie, musieli podejść do prowadzącego z mikrofonem, a odpowiedzi udzielał prezes Witold Skrzydlewski lub członek Rady Nadzorczej H. Skrzydlewska Orzeł Łódź Marcin Ulacha.

 

Pierwszym kibicem zadającym pytania był Marcin Grembiecki.

 

- Czy nie uważają państwo, że część problemów, które pojawiły się w ostatnim sezonie lub wcześniej, jest skutkiem działań zarządu klubu? Na przykład podczas ostatnich spotkań z kibicami padały deklaracje, że marketing ruszy na większą skalę. Chciałbym się dowiedzieć, co zostało zrobione i uznane przez państwa za sukces?

 

- Gdybyśmy nie mieli działu marketingu, nie mielibyśmy miliona stu tysięcy złotych w gotówce od sponsorów oraz stu pięćdziesięciu tysięcy złotych w barterze — odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Wydaje mi się, że to nie jest mała kwota. Największym problemem są puste trybuny, ponieważ w większości klubów kibice na meczach u siebie generują dochody ze sprzedaży biletów. Gdyby każdy z was przyprowadził cztery osoby, sytuacja wyglądałaby inaczej.

 

- Jest pan zarządcą firmy H. Skrzydlewska, która się rozwija, więc jak widać, można - zabrał głos drugi kibic, Kamil Drzewiecki. - Czy nie uważa pan, że dobrał pan do współpracy w klubie nieodpowiednie osoby? Może niewłaściwych trenerów?
 

- W mojej opinii nie dobrałem złych współpracowników, ponieważ potrafiliśmy zorganizować duże imprezy, i nigdy przy ich organizacji nie było żadnej wpadki. Gdybyśmy wystartowali, w przyszłym roku mielibyśmy ponownie trzy duże eventy. Natomiast na to, że mało ludzi przychodzi na żużel, nie mamy wpływu. Zapraszamy na każdy mecz, a informacje o wydarzeniach są dostępne. Jeśli jednak brakuje zainteresowanych, to proszę nie mieć do mnie pretensji. Niezależnie od tego, czy drużyna jedzie dobrze, czy źle, frekwencja nie ulega zmianie.

 

- Byłem w szkółce żużlowej w Łodzi dwadzieścia parę lat temu i moim zdaniem nic tak nie utożsamia klubu, jak jego wychowankowie - powiedział Piotr Maślanko. - Dlaczego władze drużyny nie prowadzą szkółki? To jest podstawa, bez tego nie osiągniemy nic. W Lesznie czy we Wrocławiu mają pełno podopiecznych. 

 

- Pan mówi, że we Wrocławiu robią wszystko dobrze, więc dlaczego pożyczyli zawodnika od nas? Proszę pana, krótko i na temat dlaczego? Żeby robić to, o czym pan mówi, trzeba mieć środki. Proszę wyłożyć sto czy dwieście tysięcy.

 

W odpowiedzi kibic będący obecnie przy mikrofonie spytał, dlaczego w innych klubach zawodnicy jeżdżą po dwanaście lat, a w Łodzi zawodnicy ścigają się rok. Pan Piotr przytoczył również nazwisko Jamróga, który jeździł w barwach Orła w sezonie 2023. Kibic Piotr powiedział, że byłemu zawodnikowi nie można nic zarzucić, a pan prezes nazwał go (Jamróga) bankomatem. Następnie wspomniał Musielaka.

 

- Prawidłowo - odpowiedział prezes. - Pan Musielak dokładnie wie, co nam zrobił. 

 

- Ludzie wolę nie mieć żużla niż mieć takiego, jakiego pan prowadzi - odpowiedział pan Piotr.

 

- Dlaczego, panie Witoldzie, okłamuje pan kibiców? - spytał kolejny kibic Krystian Kubiak. - Była oferta pana Skowrona — bodajże pół miliona złotych rocznie od niego samego oraz dwa i pół miliona od sponsorów. Ten pan jest związany z żużlem już od ponad szesnastu lat. Słyszałem, że miał bardzo ciekawą propozycję, na przykład darmowe wejścia dla dzieci do piątego lub dziewiątego roku życia, utworzenie szkółki. Chciał, żeby żużel się rozwijał, a nie stał w miejscu. Chodzę do szkoły w Bydgoszczy i często słyszę, jak Orzeł jedzie, naprawdę chciałbym, żeby się utrzymał. Mamy piękny stadion za pięćdziesiąt milionów złotych. Szkoda byłoby go zmarnować.

 

- W odniesieniu do przytoczonej przez pana oferty myślę, że napisałby pan lepszą - odpowiedział prezes. - Odpowiedzieliśmy na nią, a w tym momencie ten pan „zaginął w akcji”. Pomysły można mieć. Wpuszczać wszystkich za darmo. Wyjść na ulicę. Zaklaskać i liczyć, że przyjdą sponsorzy. Tylko proszę mi pokazać, jak to zrobić, bo na końcu liczą się cyferki. Żaden zawodnik nie podpisze kontraktu, niezależnie od tego, czy pan będzie jego tatą, czy pokaże mu coś innego, dopóki nie zobaczy pieniędzy. Jeśli pojedzie jeden czy drugi mecz i nie dostanie zapłaty, to usłyszymy, że zawodnicy przestaną jeździć. Traktujmy poważnie oferty. Państwo sami, swoim ciągłym krytykowaniem, zniechęcają przyszłych oferentów. Celowo przedłużyliśmy czas oczekiwania, bo zgodnie z tym, co mówiliśmy od początku, mogliśmy zamknąć klub bez żadnych konsekwencji. Zgodnie z polskim prawem nie ma żadnej odpowiedzialności za takie działanie. Jednak jesteśmy honorowymi ludźmi i wszystko rozliczamy tak, jak należy. Czy będzie szkółka, czy nie? To nie jest nauka gry w tenisa czy piłkę, gdzie wystarczy kupić majtki. 

 

- Dwa lub trzy miesiące temu na oficjalnej stronie była wypowiedź, że oddaje pan klub za złotówkę - zabrał głos Marcin Grembiecki.

 

- Tak jest, podtrzymuję. 

 

- Dobra, co się stało, że pan nie oddał? 

 

- Powiedziałem, że oddaję klub za złotówkę i nadal to podtrzymuję - odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Wyznaczyliśmy termin na trzydziestego września, ale aby powierzyć klub za złotówkę, musi być po drugiej stronie ten „ktoś”. Stawiamy jeden warunek, ten „ktoś” musi podpisać dokument, że drużyna wystartuje w następnym sezonie. Proste.


- W takim razie chciałbym zapytać, czy oferta, która była przedstawiona kilka tygodni temu, słynne pięćset tysięcy plus dwa i pół miliona, była większa niż ta symboliczna złotówka? - spytał Marcin Grembiecki. - Czy osoba, która złożyła tę propozycję, nie zagwarantowała, że klub wystartuje w następnym sezonie?

 

- Ten pan nie złożył nigdzie tej oferty, po jest jedno - powiedział Witold Skrzydlewski. - Po drugie, gdy myśmy mu odpisali punkt po punkcie, bo nawet nie wiedział, jak się klub nazywa. Niech pan przeczyta odpowiedź na cztery strony, co jest punkt po punkcie. Niech pan nie robi ze mnie kretyna. 

 

- Może opowiem, jak to było, żeby uspokoić emocje - głos zabrał Marcin Ulacha. - Od pana Skowrona wpłynął list, w którym zadeklarował wstępne zainteresowanie nabyciem klubu. Pan Skowron zadał szereg pytań, na które otrzymał pisemną odpowiedź od nas. Finalnie jednak nie przedstawił oficjalnej oferty zakupu zespołu. Wyjaśnijmy sobie to raz, ponieważ wszyscy niestety bazują na wiedzy z internetu. Powiedzmy sobie wprost: żadna oficjalna oferta od Adama Skowrona nie wpłynęła.

 

- Chciałbym kontynuować wątek marketingu, ponieważ wspominał pan, że te niecałe półtora miliona było dzięki temu, i to jest w porządku. Jednak kwestia frekwencji mnie zastanawia. Jeśli promocja była bardzo dobra, to dlaczego na stadionie nie było więcej kibiców? - spytał Mateusz Szubert. - To jest bardzo zastanawiające. Uważam, że marketingu nie było, oprócz strony na Facebooku i meczu Narodów, co przyznaję. Mam jednak wrażenie, że to była reklama, która nie wychodziła poza bańkę. Oznacza to, że jeśli ktoś jest kibicem, to do niego trafi, ale do osób spoza tej grupy już nie. Na mieście nie było widać Orła. Nie było go widać nigdzie, nie było wizyt w szkołach, nie było tak naprawdę niczego. Pytanie brzmi: czemu frekwencja jest niska? Kiedyś chodziłem na mecze Budowlanych Łódź, żeńskiej siatkówki. Kilka razy byłem i nie do końca mi się podobało. Mimo to mieli wtedy na trybunach pięćset, może nawet tysiąc osób. Rozdawali bilety wszędzie, czasami wpuszczali ludzi bez biletów, już po rozpoczęciu meczu. Dzisiaj proszę spojrzeć, że na meczach Budowlanych jest cztery tysiące kibiców na żywo. Możemy się denerwować, że PGE zostało załatwione, nie wiemy do końca, jak przez miasto, ale oni, zamiast obwiniać kibiców, że nie przychodzą, robili, co mogli. Powinniśmy zwrócić uwagę, że to nie jest nasza wina. My przychodziliśmy i robiliśmy, co było w stanie. Czy według Pana marketing naprawdę był dobry i dlaczego frekwencja była niska?

 

- Uważam, że robiliśmy wszystko, żeby ludzie wiedzieli, że jest mecz - odpowiedział prezes. - Orzeł był widoczny w mieście. Nie można powiedzieć, że go nie było widać. Tyle artykułów, ile było, dawno nie było. Natomiast te cztery tysiące, o których Pan mówi, to może dotyczyć Budowlanych, gdy grają w play-offach. Z kolei u nas, podczas play-offów, było dwa tysiące siedemset osób. To świadczy o tym, że miasto Łódź nie jest dla żużlowa.

 

- Mówi Pan, że Orzeł był widoczny w mieście, więc chciałbym się dowiedzieć, gdzie? Może żyję pod kamieniem, ale uważam, że to nieprawda - spytał Mateusz Szubert. - Marketing nie był prowadzony; może ja się na tym nie znam. Trochę się nie dziwię, że może pan do końca nie wie, bo pewnie byli ludzie oddelegowani do tworzenia reklamy. Dowiedzmy się, kto to był i jakie realne efekty przyniósł oprócz wspomnianych pieniędzy. Frekwencji nie było. Można mówić, że to nie jest sport dla Łodzi, ale moim zdaniem jest przeciwnie. Siedemset tysięcy ludzi w mieście, dwa miliony w województwie. Wydaje mi się, że można było zrobić więcej. Zwłaszcza że liczba kibiców na stadionie Orła potrafiła być wyższa.

 

- Wyższa frekwencja nie była. Państwu się wydaje, że tak, przez ten stary stadion, ale on był dużo mniejszy. Nie mówiąc o tym, że było pełno dziur i nie trzeba było kupować biletu. Największa frekwencja na poprzednim stadionie miała miejsce, kiedy jechaliśmy z Lublinem i wtedy przegraliśmy z nimi jednym punktem, przez co nie awansowali. Klub pierwszy raz nie dopłacił do meczu domowego Przyjechało wtedy ponad dwa i pół tysiąca kibiców z Lublina.

 

Szansę na wypowiedź mieli również kibice, którzy chcieli powiedzieć kilka miłych słów do prezesa. 

 

- Chciałem tylko powiedzieć, że przychodzę na żużel w Łodzi jeszcze od czasów, gdy pan Grajewski go tutaj reaktywował razem z panem Walczakiem - powiedział jeden z kibiców Marek Brzozowski. - Chciałbym być wyrazicielem opinii trochę innych kibiców, niż tych, których pan dotychczas słyszał. Ja przede wszystkim przyszedłem tutaj z nadzieją, że jednak zmienił pan swoją opinię i jednak wystartujemy. Po tym co słyszę, to tę nadzieję straciłem, ale chciałem panu podziękować za to, co pan dla nas zrobił. Ja przeżyłem na tym stadionie i na tym starym sporo ciekawych chwil. Szkoda, że tego już nie będzie. Po prostu jest mi szkoda. No ale kibicem żużla pozostanę, tylko teraz będę już tym kibicem zdalnym. Szkoda, że usłyszał tu pan tyle cierpkich słów, wydaje mi się, że niezasłużonych. Tyle chciałbym powiedzieć na koniec i do widzenia.

 

Ponownie do mikrofonu podszedł pan Piotr Maślanko.

 

- Jestem raz w miesiącu we Wrocławiu i tam autobusy oklejone są w logo sponsorów WTS’u. Wrocław tego nie potrzebuje, a ma komplet kibiców i tam jest marketing, a dlaczego? Bo ci sponsorzy, którzy wykładają pieniądze, widzą, że coś się dzieje. Jak ma tu przyjść sponsor jakiś inny, skoro tego nie widać na mieście, oprócz tego, gdy tu się dzieje i gdy jest transmisja meczu. Trzeba coś pokazać. Może nagłaśniać, że mecz będzie, do szkół pojechać i pokazać. Teraz to jest już musztarda po obiedzie, ale nic Pan nie zrobiłby sprawdzić, czy to działa. Tego nie było kompletnie.

 

- Niech pan pokaże jednego sponsora, który jest niezadowolony z tego, co w zamian tego co nam pomaga daje - odpowiedział Witold Skrzydlewski. - Państwo tu pisali, głupoty, że ja nie chcę przyjąć sponsorów. Ja nie uciekłem z jednego szpitala na Aleksandrowskiej, albo z drugiego na Czechosłowackiej. Każdy tysiąc złotych, który sponsor dołoży, to ja mniej wydaje.

 

W dalszej wymianie zdań między panem Piotrem i panem Witoldem został przytoczony temat wychowanków klubów.

 

- Powiem panu, dlaczego z Ostrowem tu przyjechało tylu kibiców. Bo ma trzech wychowanków w składzie - powiedział Piotr Maślanko. - A w Łodzi ilu mamy wychowanków

 

- Wie pan, ja odpowiem w ten sposób…

 

- No proszę pana, trzeba zacząć coś działać - dopowiedział Piotr Maślanko.

 

- Myślę, że pan zadziała - odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Pan ma na wszystko monopol.

 

- Ale nie! Pan ciągle kibiców, kibiców. Ja myślę, że klub co mógł zrobić to zrobił tylko 10% tego - powiedział Piotr Maślanko. - 10% tylko zrobił. Pan nikogo nie słucha i myśli, że pan wie i pan zrobił. Jeszcze jedna kwestia, parę lat temu były dwie kobiety z Widzewa, które zajmowały się sponsoringiem i dlaczego ich nie ma?

 

- Bo poszły z powrotem do Widzewa - odpowiedział Witold Skrzydlewski.

 

- Nie proszę pana. - powiedział Piotr Maślanko. - Przyprowadziły sponsorów, tylko ci sponsorzy jakby weszli, to pan by miał klamrę, wie pan gdzie? Na rękawiczkach. Pan chciał, żeby sponsorzy włożyli duże pieniądze, a pan reklamę miał wszędzie miał taką samą

 

- Proszę pana, niech pan to przedstawi, bo pana do sądu kurwa podam - odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Kłamie pan. 

 

- Takie są fakty, nawet pan nigdy nie powiedział, dlaczego odeszły - powiedział Piotr Maślanko.

 

- Proszę pana, pan wszystko wie, chyba się pan pod budką piwa dowiedział.

Co z łódzkim klubem

- Zastanawia mnie, czemu to jest pierwsze spotkanie tego typu - ponownie do mikrofonu podszedł Mateusz Szubert. - Wydaje mi się, że dużo konfliktów i niesnasek wynika z braku komunikacji między klubem a kibicami. 

 

- Przedstawiciele kibiców jak chcieli się spotkać, to nigdy im nie odmówiłem - odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Myślę, że taka formuła była wystarczająca. Natomiast, że oni nie przekazywali tego, co potrzeba, to już nie moja wina.

 

- To prawda, były takie spotkania, natomiast wie pan, możemy przekazywać, tylko problem polega na tym, że ludzie zawsze mają jakieś swoje opinie i to nie jest tak, że grupa 50 osób miała posłuch u wszystkich kibiców. Uważam, że zabrakło takich otwartych spotkań.

 

- Ja odpowiem panu jedną rzecz - odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Nie ma ludzi, którzy zawsze wszystko dobrze zrobili. Może wtedy, kiedy żeśmy awansowali do Ekstraligi, ja powinienem się uprzeć, że chcę jechać i wtedy zmusić miasto, żeby ten stary stadion przygotowywało do meczu. Później drugi raz awansowaliśmy i też odmówiliśmy. Powstał ten stadion. Było kilka terminów oddania. Trzeba było ustalić, że wszystkie mecze będziemy jechać na wyjeździe, a później u siebie. Dalej pan Molewski schodził z budowy, bo nie miał płacone. Ja podpisałem Weksel. Oczywiście te pieniądze mi oddano. Podpisałem Weksel, bo okazało się, że pozwolenie na budowę było nieważne.

 

W dalszej części wypowiedzi Witold Skrzydlewski opowiadał o trudnościach związanych z budową stadionu i kwocie za jaką on powstał. 

 

- Ja za ten stadion dostałem wyrok w zawieszeniu - kontynuował Witold Skrzydlewski. - Bo na pierwszy mecz wpuściłem kibiców, a nie miałem prawa, bo pan od imprez masowych powiedział, że za późno dokumenty złożyliśmy, jak dzień wcześniej dostaliśmy dopiero pozwolenie a użytkowanie obiektu. Dostałem grzywnę i wyrok w zawieszeniu. Mogłem oczywiście nie wpuścić kibiców. Zrobić sobie zamknięty obiekt na te 900 osób.

 

Kolejna głos zabrała Lidia Dziabas, która opowiedziała prezesowi o tym jak z innymi kibicami rozwieszała plakaty, a w tym sezonie ze swoimi dziećmi. Poinformowała, że plakaty przychodziły dwa dni przed meczem. Również spytała, dlaczego na treningi nie mogą przychodzić kibice, mimo że w innych miastach kibice wchodzą na trybuny podczas treningu. Również Lidia podzieliła się tym jak przyszła z córką myć bandy, po czym odmówiono im wejścia na trening, by nie rozpraszały zawodników. 

 

- Nie wierzę w cuda, że na wszystkie treningi państwo nie mogli wchodzić - odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Może zdążył się jeden albo drugi, kiedy drużyna lub trener nie życzyli sobie. 

 

- Sama osobiście nosiłam plakaty do Pana Kwiaciarni, gdzie przychodziłam tutaj i mówiłam, że w kwiaciarniach ich nie ma - powiedziała Lidia Dziabas. - Nie wiem, kto za to jest odpowiedzialny. Do pasażu na Piotrowskiej przez półtora miesiąca nikt nie pokazał się jak były terminarze. Sama przyszłam do klubu, wzięłam całą torbę i zaniosłam. To nie była jedna taka sytuacja.

 

- Nie zgodzę się z panią - odpowiedział Witold Skrzydlewski. - W kilku kwiaciarniach, w których byłem, te terminarze były przyklejone. Dalej proszę pani, tak jak pani na pewno zauważyła, że już nie ma w żadnej kwiaciarni, na żadnych samochodach, bo po co ma tu pan krzyczeć podniecony strasznie, że my zarabiamy na reklamie. Na ostatni mecz, który tu był, już specjalnie nie kazałem przylepiać plakatów w naszych kwiaciarniach. 

 

Po wymianie zdań prezesa i Lidii głos zabrał Marcin Ulacha. 

 

- Szanowni państwo, żebyśmy mieli jasność, bo jest takie wrażenie, jakbyście państwo uważali, że pan prezes Skrzydlewski ma pretensje do kibiców, którzy przychodzili na mecze. Nic bardziej mylnego. Troszeczkę tutaj wychodzimy z takiego tonu dyskusji. Naszym problemem nie jesteście państwo, którzy przychodziliście i współpracowaliście z klubem, a ludzie, którzy nie przyszli.

 

Kolejne pytanie zostało zadane przez Mateusza Sochackiego do dyrektora marketingu, na co były wydawane pieniądze. Jednak dyrektor marketingu był nieobecny na spotkaniu.

 

- Chciałem powiedzieć, że funkcjonuję w sporcie około 30 lat w tym klubie około 17 - powiedział Darek Klimencki. - W roku 2007 pierwszy raz w tym klubie ukazała się moja reklama, za którą nie płaciłem. Dostałem ją od pana prezesa. Przez lata współpracy z różnymi klubami nabrałem doświadczenia i wydaje mi się, że potrafię ocenić, kto jest dobrym prezesem, a kto złym. Powiem wam, że bardzo mało jest takich prezesów „wariatów”, którzy dają, a niewiele oczekują za to. Wręcz przeciwnie, zostają poniżani. Ja w swoim życiu spotkałem dwóch, którym zawsze będę się kłaniał. Międzyinnymi jest to Pan Witold. 

 

Kolejne pytanie zostało zadane przez pana Krzysztofa, który spytał zarząd, czy jest możliwość, by łódzki klub żużlowy wystartował w przyszłym roku w niższym szczeblu rozgrywkowym przy zatrzymaniu budżetu od sponsorów i miasta.

 

Odpowiedzi udzielił Marcin Ulacha, który na samym początku zaznaczył, że on tak samo jak pan Skrzydlewski kończy z żużlem. 

 

- Myślę, że możemy się nie doczekać poważnej oferty - powiedział Marcin Ulacha. - Choć wbrew temu, co prezes mówi, cały czas spotyka się i rozmawia z potencjalnymi zainteresowanymi. Jednak tak jak już to prezes powiedział, jedynym warunkiem jest wystawienie drużyny w rozgrywkach 2025. Moja refleksja jest taka, że ogólnie sytuacja w żużlu w ostatnich latach idzie w bardzo złą stronę i ta bańka, która jest dmuchana najlepszej żużlowej ligi świata, niestety mimo wszystko też pompowanie dyscypliny przez telewizję, też myślę, że w perspektywie dwóch, trzech lat może doprowadzić do tego, że będziemy mieli w Polsce z żużlem duże problemy. Wydaje mi się, że prezes Skrzydlewski podjął decyzję, którą podjął przede wszystkim dlatego, że jest poważnym człowiekiem i gdzieś są granice i zwyczajnie w tej formule, którą mamy, nie jest nas stać na to, żeby sensownie w tej drugiej ekstralidze jechać. Pan mówił o tej Krajowej Lidze Żużlowej, szczerze powiem, nie rozważaliśmy do tej pory takiej opcji. Powiem uczciwie, że nie wiem, jakie w tym roku są tam budżety. Realnie w 2. Ekstralidze w przyszłym sezonie, żeby trzymać się środka tabeli, musimy myśleć o budżecie na poziomie 12 milionów. A to nie są pieniądze, które my mamy. Niestety napompowanie żużla pieniędzmi Spółek Skarbu Państwa, zamiast sponsorowania dyscypliny jako takiej i dzielenie tego między kluby doprowadziło do drastycznego wzrostu kosztów.

 

Następnie głos zabrał prezes Witold Skrzydlewski.
 

- Jedna rzecz proszę państwa. Ta trzecia liga, jeśli zdecyduje się pan w niej wystartować, to odcina sobie pan wszelkie rodzaje dotacji z Urzędu Miasta. Regulamin Urzędu Miasta nie przewiduje, żeby miasto dotowało rozgrywki w trzeciej lidze. 

 

Powrócił również temat rozmów z potencjalnymi sponsorami.
 

- Jak państwo rozsądni wiedzą, że takich rozmów nie prowadzi się przez dziennikarza, który sobie napisał i wypromował pana Skowrona i cieszył się, że jego portal ma parę rzeczy do obejrzenia, odbywają się w ciszy - wytłumaczył prezes Skrzydlewski. - Swego czasu, zanim przyszedł pan Cacek do Widzewa, to miał być też w Górniku i wszędzie jak pan dostaje jakąś ofertę, to jest klauzula poufności. Wtedy ci z Górnika pochwalili się, że już jest Cacek, dlatego on przeszedł do Widzewa, bo się wkurzył na to. Nawet wczoraj tu był jeden człowiek i oglądał ten stadion. Co z tego wyjdzie, to nie wiem i tak jak pan tu krzyczał, żeby zamknąć klub, po to daje szansę i po to daję tlen, żeby ktoś może tu przyszedł. Nie będę pyskacz, który tylko popyskować potrafi i nic więcej.

 

- Wiadomo, że wszystko tutaj się kręci wokół pieniędzy - powiedział Łukasz Walczak. - Jesteśmy po tylu latach funkcjonowania klubu i wiadomo, z roku na rok potrzeba więcej tych pieniędzy. Dlaczego klub nie postarał się w jakiś sposób, żeby pana prezesa i firmę odciążyć w formie spółki z jakimś innym większym sponsorem, żeby razem to pociągnąć. Mogłoby się to przełożyć na większe kontrakty, żeby to po prostu odciążyć pana Witolda finansowo, żeby zawodnicy, którzy potencjalnie chcą więcej tych pieniędzy za kontakt, bo wiadomo, że siłą napędową dla kibiców są wyniki drużyny. Nikt nie przyjdzie oprócz tych zagorzałych kibiców, jeśli drużyna jedzie słabo i z roku na rok nie ma progresu. 

 

- Proszę pana, to było mniej więcej tak jak z Widzewem - odpowiedział prezes Skrzydlewski. - Sponsorzy z kasą wsiadali na dworcu centralnym i już tu jechali, a po drodze gdzieś wypadli z tego pociągu. Tylu ilu my mieliśmy obiecanych sponsorów proszę pana, Spółek Skarbu Państwa, to ja nie chciałbym tylu batów dostać na tyłek. Po prostu proszę pana, jest, jak jest i wcześniej się mówiło, że słaby stadion i dlatego mało ludzi przychodziło. Zawsze coś jest nie tak. Nic nie zmienimy, może czas jest na nowe otwarcie.

 

- Czy uważa pan, że jeżeli tych negatywnych słów o kibicach i urzędzie miasta by nie było, to nie byłoby może więcej kibiców na stadionie, a tym samym większych wpływów z biletów? - Ponownie głos zabrał Łukasz Walczak.

 

- Ja o kibicach źle nie mówiłem - odpowiedział Skrzydlewski. - To kibice, źle mówili o mnie. Chyba pan czyta te wpisy. Ja nikomu buzi na świński ryj nie zamieniałem. Niektórym, tutaj przeszkadzała moja mama, to ja współczuję waszym mamą. 

 

- Nie chcę tutaj nikogo atakować,  ale proszę pana funkcjonuje ten pański klub, bo to pański klub 19 lat, na którego pan łoży, pali w to wielkie pieniądze - powiedział Mariusz Sójka. - Czyli opłacało się przez 19 lat, ciągnąć ten sport. Kto przez 19 lat wykłada miliony, nic z tego nie mając? Druga sprawa proszę pana 19 lat funkcjonowania klubu, pusta gablota, nie mamy nic, zero sukcesów poza tym, że ta drużyna jeździ. Następna, jak ja wejdę do pańskiego klubu tutaj na górę, jaką mamy historię klubu? Poza H. Skrzydlewska Orzeł Łódź nie mamy żadnego zawodnika? Gdzie jest tramwajarz, gdzie jest Ogniwo Łódź, gdzie jest historia całego żużla łódzkiego. Następna sprawa, w zeszłym roku było 75 lecie łódzkiego żużla, czy była jakaś impreza zaproponowana przez zarząd? Nie, jedynie co usłyszeliśmy, to było 18-lecie klubu żużlowego Orzeł Łódź. Fajna rocznica, ale chyba lepsze byłoby 75-lecie gdzie można było zaprosić jakiś klub z ekstraligi i urządzić jakieś fajne zawody. Mało tego o tym 75 leciu nawet się nie wspomniało, ale ja proszę pana w zeszłym sezonie, tak z ciekawości powiem, razem z moją córką 5-letnią nie opuściłem ani jednego meczu, ani tu, ani na wyjeździe i wie pan, co mnie zabolało? Pojechałem do Bydgoszczy i tam usłyszałem, że przyjechał klub, który ma 75-letnią tradycje. Tutaj nie było nawet słowa. Następna sprawa, mówi pan, że ludzie się obrażają, że pan hołduje swoją mamę, bo należy się jej szacunek, jako osobie zmarłej. Proszę pana co mecz słuchać Villasowej i pokazywać zdjęcia swojej matki? Tak dla pana to jest ważne, ale dla tych ludzi no już raczej nie. To zaczęło ludzi boleć. Po co tak naprawdę przychodzą? Dla żużla, czy żeby usłyszeć Villasową i obejrzeć pana mamę na początku. Druga sprawa, pan sobie nie zdaje sprawy, ale kibice z polski się nas pytali, co to za starsza pani tam jest na zdjęciu i co to ma na celu. Nie umiałem odpowiedzieć. To nie jest tak, że ja atakuję pańską mamę, tylko mnie pytano co to ma na celu.



- Proszę pana chociażby to, że dzięki tej kobiecie proszę pana myśmy się zaangażowali w żużel, bo ona kazała - odpowiedział pan Skrzydlewski.

 

Spotkanie zakończyło się po godzinie i czterdziestu minutach, mimo to wciąż byli chętni do zadawania pytań. Prowadzący tłumaczył to, ograniczonym czasem i firmowymi obowiązkami prezesa.

Po spotkaniu spytaliśmy kibiców o ich odczucia po tym spotkaniu.

 

- Przede wszystkim to spotkanie jest za późno. - powiedział Mariusz Sójka. - Takie spotkania robi się przed sezonem, kiedy zaczynają się problemy piętrzyć w klubie i ewentualnie wtedy możemy rozmawiać z kibicami, co by ewentualnie można było poprawić. Teraz to spotkanie nie miało już żadnego celu. Co tu dużo mówić, każda strona miała swoje racje, ale uważam, że koniec tego spotkania postawił wielki znak zapytania panu Witoldowi. Wcześniej rozmówcy zadawali pytania, co tak naprawdę zrobił, żeby ten klub funkcjonował lepiej przez tyle lat, bo ciągnąć przez 19 lat klub i wydawać miliony, to jest aż niemożliwe, żeby nic z tego nie mieć.

 

- Uważam, że nie wszystkie osoby były, które być powinny - powiedziała Lidia Dziabas. - Nie było dwóch panów, którzy też pracują w klubie, a to było bardzo istotne, bo też pracują przy marketingu, którego nie było w ostatnim czasie i tym wcześniejszym też. 

Wstecz