Od wizyty w parku do kierownika drużyny, część druga rozmowy z Matuszem Matusiakiem
Życie kierownika drużyny - pierwsza część rozmowy
Powiedziałeś nam, że od 6. roku życia biegasz po parku maszyn, kto cię tam zaprowadził?
Brat. On kiedyś jeździł w szkółce.
A ty umiesz jeździć?
Nie, ale miałem okazję spróbować, bo Mateusz Dul zorganizował kiedyś taki dzień dla sponsorów i przyjaciół. To było w maju ubiegłego roku. On ma taki tor blisko domu, amatorski. Zabrałem swój kask, kombinezon i tam u niego spróbowałem. Zajawka jest mega i jak bym miał więcej okazji, to chętnie bym z tego korzystał. W ogóle każdemu to polecam, kto myśli, że to takie proste. Jest to lekko zwariowane. Nie miałem wcześniej okazji, ponieważ w tych czasach, kiedy ja miałem naście lat i mógłbym zacząć próbować, to tego klubu w zasadzie nie było.
Trafiłeś do parku maszyn przez brata i co dalej?
Po parku maszyn kręciłem się, nawet jak były treningi. Przychodziłem też zawsze, kiedy mój brat Jarek jeździł. W wieku 18 lat miał ciężki wypadek, który przekreślił w ogóle jego dalszą jazdę, a dobrze rokował. Wypadek miał w Częstochowie, 5 dni przed zdaniem licencji. Wcześniej dostał taki ligowy motocykl po obcokrajowcu Vladimirze Voronkovie, to był Łotysz, robił sporo punktów, był on w naszej lidze na poziomie Beckera i Berntzona. Zawsze robił po te 8, 10 punktów. Mój brat dostał od niego sprzęt, to było coś wow, mega szybki motocykl. Pojechali trenować przed tą licencją do Częstochowy. To były takie czasy, że mojemu bratu brakło jednej zębatki. Miał za dużą zębatkę na kole i ten motocykl generalnie się z nią nie spisywał i trener mu powiedział, żeby zszedł zęba niżej. Mój brat jej nie miał, miał tylko o dwa zęby niżej i to spowodowało, że jak na nią zmienił, to był taki szok, że nie mógł tego motocykla złożyć w łuk, On chciał jechać ciągle do przodu. Do tego to były takie tory, że teraz już by nie przeszły. Były o różnej przyczepności, na nawierzchni miały dziurki, pagórki i takie tam. Mój brat ścigał się tam z jednym chłopakiem z innego klubu i ich obu przestawiło tak, że nie weszli w łuk i pojechali prosto w bandę, a jeszcze wtedy band dmuchanych nie było. Mój brat o tę bandę się rozbił. Miał otwarte złamanie ręki, połamane 5 lub 6 żeber, złamaną łopatkę, wstrząśnienie mózgu. Karambol potężny. Później jeszcze błędy lekarskie, bieda w klubie. To był rok 1999, jeszcze ŁTŻ. Gips założyli mu fatalnie i doszło do takiej sytuacji, że przyjechał do Łodzi po jakimś czasie, już mu się lekko coś zasklepiło, coś tam kość się zalała, jak wsiadał do taksówki, to mu to puściło na nowo. W końcu został przyprowadzony do WAMu w Łodzi. Jak lekarz zobaczył to złamanie i to jak ma tę rękę zabezpieczoną, to za głowę się złapał. Powiedział, że to co się u niego wydarzyło jest karygodne. Po długiej batali, znalezieniu środków, przeszedł operację zespolenia kości. Jednak ta ręka nie jest już w stu procentach sprawna. Przez pręt, który ma do dzisiaj, może ją podnieść tylko do pewnej wysokości. Tak zakończył swoją przygodę z żużlem.
Po tym wszystkim mama pozwoliła ci się kręcić przy żużlu?
Kręcić jak najbardziej. Nie wyraziła jednak nigdy zgody na to, żebym jeździł.
Jak wyglądało, to twoje kręcenie się wokół żużla?
Na różne sposoby. Pomagałem opuszczać taśmę. Pomagałem przy tablicy na starym stadionie. Udzielałem się też w środowisku kibicowskim. Gdy miałem 15 lat, to założyliśmy z bratem forum. Prężnie działało, posiadaliśmy kilka tysięcy użytkowników. Gdy miałem z kolei 18 lat, zostałem wiceprezesem stowarzyszenia kibiców. Ciągle coś przy tym żużlu się robiło.
Jak to się zaczęło - przyszedłeś do klubu i powiedziałeś, że chcesz opuszczać taśmę?
To przyszło jakoś naturalnie. 2007 rok, miałem 16 lat, a w klubie był już u nas pan Witold Skrzydlewski, trenerem był wtedy Jacek Woźniak. Pamiętam, że chciał mi zorganizować treningi, bo widział, że się gdzieś tam kręcę. Mówił mi, że ja muszę spróbować. Odpowiedziałem mu, że to nie przejdzie, raz że mama się nie zgodzi, a dwa byłem uwiązany, sprzęt i tak dalej, nie było na to szansy, ale pomagałem na różne sposoby chłopakom. To komuś wypakowałem motocykle z busa, komuś zapakowałem. Ławki malowałem na tym starym stadionie, jak była taka potrzeba. Pomagałem w montażu band dmuchanych. Ciągle się byłem przy klubie. Lubiłem spędzać na stadionie wolny czas.
W którym momencie zacząłeś zajmować się żużlem na poważnie? Kiedy dostałeś jakąś pierwszą funkcję w klubie?
W 2015 roku, bo jeszcze miałem trzyletnią przerwę, kiedy byłem w Anglii, więc troszeczkę się mimo wszystko odciąłem. Jednak jak tylko wróciłem do Polski, zostałem przywitany z otwartymi rękoma, był w tym duży udział pana Piotra Wierzbickiego i zacząłem być sekretarzem zawodów. To była moja pierwsza poważniejsza praca przy żużlu, którą dostałem z marszu, gdy tylko wróciłem z Anglii. To już było fajne. To był już bardzo bliski kontakt z sędziami. Poznałem prawie wszystkich. Zajmowałem się protokołem. Robiłem to do 2019 roku, a w 2020 zrobiłem papiery na kierownika startu. Bywałem pomocnikiem kierownika startu, a kilka razy kierownikiem startu.
Czyli dostawałeś tą szprycą od wszystkich po plecach?
Tak.
Boli?
No boli. Ciągnie, jeszcze jak kamyk się gdzieś tam trafi, to już w ogóle.
A co dalej, po byciu kierownikiem startu?
Po drodze w 2020 roku, gdy ten sezon przez pandemię był ściśnięty w 2 miesiące, to była taka sytuacja, przez którą stwierdziłem, że odsuwam się od klubu. To była przemyślana decyzja. Dokończyłem sezon i powiedziałem sobie, że kończę, ale wtedy, co było moim zaskoczeniem, padła propozycja bym zrobił licencję na kierownika drużyny i został dodatkowo opiekunem wszystkich ludzi pracujących przy meczu. Nie mogłem takiej okazji przepuścić.
Zrobiłem papiery, pierwszy rok miał być zapoznawczy. Miałem się temu przyglądać, pomagać drużynie. Wtedy też przy pomocy różnych ludzi zrobiłem tor pitbikowy dla młodych chłopaków. Kupiłem nawet jednego pitbike’a do użytku dla juniorów. Robiłem właśnie takie backgroundowe rzeczy. Zacząłem pracę przy Skórnickim i tak mu pomagałem. To właśnie przy nim spędziłem sporo czasu i u Michała Płachcińskiego też. To były już te czasy, gdy Michał trenował chłopaków na sali, prowadził wszystkie treningi ogólnorozwojowe. Jeździłem za drużyną i próbowałem wspierać jak tylko mogłem. Poświęciłem się temu, bo dla mnie to już było coś. Jednak dalej kierownikiem drużyny był Grzegorz Czarnecki, miałem patrzeć na jego pracę i się uczyć. Tak jakoś wyszło, że był jeszcze Krzysiek Apanowicz, on z kolei czasowo nie dawał rady, zaraz gdzieś Czarnecki zrezygnował i poszedł do teamu Brady’ego Kurtza. W końcu zostałem sam na placu boju. Wyzwanie ogromne. Wtedy tego żużla dużo już spróbowałem w życiu, ale jednak bycie kierownikiem drużyny to jest odpowiedzialność. Było o tyle trudniej, że to był czas pandemiczny i dodatkowo był ten słynny regulamin sanitarny, który przykrywał wszystkie inne regulaminy. Miałem więc bardzo ciężkie zadanie, żeby to ogarnąć. Jakoś przebrnąłem. Ten pierwszy mój sezon to był taki, jak dla zawodnika, który zdaje licencję i ma nadal problem z wejściami w łuki. Tak bym to porównał. Uczyłem się tych regulaminów, gdzie na mnie te kilkaset stron spadło tak znienacka. Wydawało mi się, że wiem dużo, ale te regulaminy rządziły się swoimi prawami. Ważne jest zdecydowanie, które teraz już mam, że jak wiem, że coś jest w regulaminie, to ja po prostu to wiem na 100%. Wtedy było tak, że wydawało mi się, że wiem. Kluczowe było to, że wydawało mi się. Jak trwał mecz, to nerwy dochodziły i w końcu w pewnym momencie głupiałem, czy na pewno tak, czy nie. Nie było poważnych wpadek, ale było trochę chaosu, ale z czasem nauczyłem się wchodzić w te łuki.
Ile czasu pracowałeś przy Skórnickim?
Rok. Bardzo dobrze wspominam ten czas, bo to naprawdę fachowiec z dużą charyzmą. W kolejnym roku, tuż przed pierwszym meczem został zmieniony na Widerę i Świderskiego. Z Widerą zaczęło się już tak bardziej poważnie. Pamiętam jak do mnie podszedł i mówi”: „Cześć, jesteś tu kierownikiem”? Odpowiedziałem mu, że tak, więc spytał mnie czy znam dobrze regulaminy. Pomyślałem wtedy, że przede mną stoi gość, który zna każdą linijkę regulaminu i myślałem, że wymaga ode mnie tego samego. Chodziło jednak o to, że potrzebował kogoś komu regulamin nie sprawia problemów, żeby być po prostu wsparciem w tym zakresie. Wtedy już jednak mocno przepracowałem zimę pod tym kątem czytając po kilkadziesiąt razy te same regulaminy i czułem się dużo pewniej. Wiecie jak to jest. Możesz czytać ten regulamin wiele razy i może ci się wydawać, że wiesz wszystko. Jednak kiedy przychodzi mecz, to dopiero to uczy zastosowania regulaminu. Trzeba zdobyć doświadczenie po prostu. Z Widerą było wszystko w porządku. Uważam, że swoje zadanie wykonałem bardzo dobrze.
Co by nie mówić, to sezon z Widerą był dobrym sportowo sezonem. My się wtedy otarliśmy o finał.
Tak, wtedy poszło o dosłownie kilka punktów. Za wysoko przegraliśmy w Krośnie w półfinale.
Kto jest twoim ulubionym zawodnikiem, tak ogólnie, nie tylko z Orła?
Chyba tak sentymentalnie, to Sam Ermolenko. Do tej pory się zastanawiam jakim cudem on przeszedł do Łodzi.
Tu nie trzeba cudów, tu trzeba pieniędzy.
Na początku na pewno był przekonany pieniędzmi. Tylko, że później pojawiły się chude lata, a on dalej został.
Która drużyna poza Orłem jest twoim faworytem?
Włókniarz Częstochowa. Jakoś lubię ten klimat, który tam jest i tę drużynę.
Jak masz możliwość, to jeździsz na żużel po Polsce?
Tak, zawsze kilka razy w sezonie tak robię, żeby usiąść bezstresowo na trybunach i po prostu cieszyć się z meczu.
Czym jest dla ciebie żużel? Nie zdradzimy chyba wielkiej tajemnicy jak powiemy, że to wszystko o czym rozmawiamy od trzech godzin, wyjazdy, poświęcenie, robisz to wszystko społecznie…
To kawał mojego życia. Powiem wam to, co zacząłem już mówić rodzinie, bo oni się cały czas stukają w głowę. Mówię tylko tak. To są moje studia, a za studia nie płacą. Ostatnie lata były pod znakiem zdobywania niezbędnego doświadczenia. Jest jak jest, ale wielu ludzi niedowierza, że ja do takiego sezonu żużlowego wręcz dokładam. Kiedyś to jednak musi się zmienić, bo czuję, że etap studiów żużlowych dobiegł końca. Czuję się już pewnie w tym co robię. Każdy może na mnie polegać przed meczem, w trakcie meczu i po meczu. Taki dostaję zresztą feedback od klubu, trenera, zawodników i ich teamów. To dla mnie bardzo dużo znaczy jak słyszę z różnych źródeł, że naprawdę dobrze wykonuję swoją robotę, bo ja zawsze jak za coś się biorę, to chcę to robić jak najlepiej. A jeśli chodzi o żużel, to już szczególnie, bo dalej mam dużo pasji do tego sportu.
Rozmawiali: Sandra Wysocka, Marcin Jasiak
— Słyszałem już niejedną opinię, że jestem chodzącą encyklopedią, jeżeli chodzi właśnie o żużel i wyniki naszego klubu — przyznaje Patryk Sobczyński.
Subiektywny, ironiczny, wybiórczy, czasami poważny przegląd wydarzeń na torze i wokół niego.
Subiektywny, ironiczny, wybiórczy, czasami poważny przegląd wydarzeń na torze i wokół niego.
Kacper Zieliński o Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów, swoich ostatnich zawodach w Czechach i ambitnych planach na przyszłość.
Marcin Nowak o początku sezonu, przygotowaniach do meczu z Krosnem i o tym, jak kluczowa dla wyników jest atmosfera w drużynie.
Robert Chmiel o przyszłotygodniowym meczu w Łodzi, gdzie pojawi się jako „Wilk” z Krosna. Wracamy także do jego ubiegłorocznych startów w barwach Orła.






