Życie kierownika drużyny, pierwsza część rozmowy z Mateuszem Matusiakiem
Kiedy dla kierownika drużyny zaczyna się „operacja mecz”?
W tym sezonie żużlem żyję w zasadzie 7 dni w tygodniu. Nie tylko zajmuję się pierwszą drużyną, ale jest też młodzież, mamy teraz 14-latków na 500R. Z nimi trzeba trenować, jeździć na zawody. Przykładowo, we wtorek mieliśmy jakąś młodzieżówkę, w środę DMPJ. Zakładając, że mamy mecz w niedzielę, to w czwartek musimy podać skład. Jak mecz jest na wyjeździe, to musimy to zrobić do 14:00, jak w Łodzi to do 15:00. Ten dzień składu awizowanego, kiedy go podajemy, już jest taki gorączkowy, bo jesteśmy ciągle na linii z trenerem. Czasem też robię symulacje. Wiemy nie raz jakiego składu możemy się spodziewać od drużyny przeciwnej, więc to ja rozpisuję skład przeciwnika, sprawdzam różne warianty z naszymi zawodnikami i porównujemy, kto z kim i jak będzie jechał.
Kiedy jedziemy w Łodzi, jak wygląda ta godzina od podania składu przez przeciwnika, jest „gorąco”?
Tak, to jest ciekawy czas. Jak o godzinie 14:00 pojawia się skład przeciwnika, wtedy zdarza się, że jeszcze jakąś szybką symulację sobie robimy, bo na przykład nas zaskoczyli. Bywało tak, że to co my sobie wcześniej założyliśmy, odbiega od tego co dostaliśmy. Rywal przesłał totalnie inny skład i musieliśmy szybko zdecydować, czy ten plan, który mieliśmy w głowie, ma dalej sens. Wtedy pozostawiliśmy skład bez zmian, bo postanowiliśmy, że musimy być pewni tego, co robimy. Zasadniczo, od pewnego momentu sezonu, z trenerem podjęliśmy decyzję, żeby nie mieszać za często składem, żeby zawodnicy wiedzieli, w jakich biegach jadą w każdym spotkaniu. Szczególnie w meczach domowych. Wyjazdy mają to do siebie, że każdy tor jest inny. U siebie, jak zawodnik wie, że pojedzie w tym, tym i tym wyścigu, to może sobie wyciągać wnioski ze swoich poprzednich meczów. Jak tor jest podobny, to będzie wiedział, jak to zadziała przed polaniem, a jak po polaniu. Więc zakładając, że jedziemy w niedzielę, to czwartek jest już taki mocno nerwowy, kiedy podawane są składy. Bywało też tak, że w tym czasie mieliśmy trening o godzinie 14:00. Raz nawet poprosiłem trenera o przesunięcie treningu o godzinę, żeby spokojnie ogarnąć temat składu awizowanego. Jak trwa trening i przeciwna drużyna wysyła skład awizowany, to ciężko jest jeszcze w międzyczasie robić symulacje. Po czwartku też się zazwyczaj pojawia jeszcze jakiś trening, na którym zawsze staram się być. Dla mnie jest to ciężkie, bo są one na przykład od godziny 14:00, a ja mam jeszcze normalną pracę.
Czy te treningi przed meczem są po to, by przećwiczyć coś pod konkretnego rywala?
Jeżeli to jest mecz u nas, to zadaniem toromistrza jest przygotować tor jak najbardziej zbliżony do tego, jaki będzie na meczu. Jeśli on to dobrze wykona, to już jesteśmy na dobrej drodze.
Kto decyduje jaki tor będzie na meczu?
Toromistrz w porozumieniu z trenerem przygotowuje tor. Trener konsultuje z zawodnikami, wyciągają wspólne wnioski, później przekazuje to do toromistrza i pod nadzorem trenera ten tor jest szykowany. Tutaj musi być jak najlepsza współpraca i myślę, że w tym roku taka jest.
Rok temu było tak, że trener Cieślak cały sezon twierdził, że „Shaza” (ksywa łódzkiego toromistrza) robił nie taki tor, jaki on chce.
To był sezon pełny różnych zawirowań, po porażkach było nerwowe szukanie winnych i faktycznie często ten tor różnił się od oczekiwań. To wynikało bardziej z niezdecydowania, jaki tor nam pasuje, więc były kombinacje. Nie winiłbym więc za to naszego toromistrza. To fachowiec.
Jaka była twoja współpraca z trenerem Cieślakiem?
Bardzo się cieszyłem na jego przyjście. To legenda tego sportu. Byłem pewny, że się bardzo dużo nauczę. Niestety nie do końca tak było. Byłem przyzwyczajony do nieco innego sposobu pracy. Tym bardziej, że ja miałem krótki przeskok między Skórnickim, a Cieślakiem. To był dosłownie rok, bo po drodze tylko był Widera. Zestawienie trenerów Cieślaka i Skórnickiego, to dwa światy, z korzyścią oczywiście dla tego drugiego.
Podobno jedyne co zostało po trenerze Widerze, to grzybki w lodówce…
Tak, to prawda. Słyszałem, że każdy się boi je zjeść (śmiech).
Wróćmy do przygotowań do meczu. Zdarza się wam jeździć przed wyjazdem na torze zbliżonym do tego wyjazdowego?
Tak. Jak jechaliśmy do Rybnika i wiedzieliśmy, że tam będzie w miarę twardy tor, to nasz tor był podobnie przygotowany na trening. Tylko też ciężko jest oddać tor jeden do jednego. Każdy ma mimo wszystko swoją mieszankę, inną geometrię, tych składowych jest bardzo dużo, każdy tor jest inny. Trudno jest trenować na własnym torze na mecz wyjazdowy. Zdarza się, że gdy mamy spotkanie na długim torze, to staramy się trenować na podobnym obiekcie, żeby warunki były zbliżone. Nie zawsze się udaje, bo wpływają na to różne czynniki. Niektórzy nie chcą nas po prostu wpuścić, ale jak się uda, to jak najbardziej z tego korzystamy.
Podczas treningów zawodnicy jeżdżą pojedynczo, czy czwórkami?
W pierwszej fazie zawsze jest jazda solo, tak zaczynamy. Później przechodzimy do taśmy, ale też wtedy jest podział na tych, którzy chcą tak wystartować. Generalnie trener Jąder jest zwolennikiem startów spod taśmy na treningach, więc jest tego u nas sporo, ale nie czwórkami. Czwórkami rzadko się zdarza. Maksymalnie są to jazdy we trzech.
Są może takie taktyczne treningi, gdy zawodnicy wiedzą w jakiej parze będą jechać i uczą się jazdy tą parą?
Nie ma czegoś takiego. Bardziej może być to na zasadzie, że jak Gapiński wie, że zacznie mecz od zewnętrznego pola, to na treningu spod taśmy się specjalnie ustawia na to pole, żeby to w miarę odzwierciedlić. Jeśli ktoś wie, że będzie startował od krawężnika, to tak trenuje. Takich niuansów oczywiście jest dużo więcej. Najwięcej czasu na treningu poświęca się na dopasowanie sprzętu do warunków torowych, tak żeby motocykl był szybki ze startu, jak i na trasie.
Dopytam jeszcze o to jeżdżenie w parach. Po meczach chłopaki często mówią, że tutaj ktoś pomógł, albo wręcz przeciwnie, mają pretensje do swojej pary, bo mogło być lepiej, a wyszło jak wyszło.
Bardzo często na naradach takie tematy jak jazda parą są poruszane. Przed meczem i w trakcie. Jak są jakieś nieporozumienia, to jest to temat numer jeden w trakcie rozmów w przerwie.
W PGE Ekstralidze często widać i słychać, że na naradach w trakcie meczu trenerzy wyznaczają, jak zawodnik w trakcie biegu powinien się zachować. Na przykład, żeby lekko zblokował kogoś przy starcie.
Wiadomo, trener daje sporo rad, ale nieraz ciężko jest to narzucić zawodnikowi, bo jednak każdy z nich ma też swoje przemyślenia. Szkoleniowiec może powiedzieć, ale często jest tak, że ci zawodnicy z tej pary spotykają się przed swoim wyścigiem i umawiają się na coś sami. Przykładowo: jeśli ja startuję z pierwszego pola, ty startujesz z trzeciego, jak rywalowi przedłużę wejście, a ty jak przegrasz start, to wjedziesz w miejsce, które ja ci zrobię. Mogą być takie ustalenia i tak często bywa. Później rzeczywistość to weryfikuje. Wiadomo, to jest żużel, tutaj nie raz milisekundy decydują, ale ogólnie to tak to właśnie działa. Zawodnicy przed biegami często się na coś umawiają. Kiedyś tej jazdy parowej było więcej, bo były inne układy biegów, pary były tak ułożone, że oni pierwsze trzy swoje wyścigi jechali tak samo, w tych samych zestawieniach. Czyli jak w pierwszym biegu jechał czysto teoretycznie Gapiński z Beckerem, to jechali tak przez trzy wyścigi. Jak oni tak cały sezon przejeździli i później zostawali na kolejny, to znali się jak dwa „łyse konie”. Każdy wiedział co i jak.
Jak zawodnik jedzie w biegu jako drugi lub trzeci, czy po ruchach ciała może wywnioskować, co zawodnik z pary przed nim zaraz zamierza zrobić?
Raczej tak, ale teraz jak te pary są pomiksowane, to jest ciężej. Zawodnicy mniej tego czasu na torze spędzają razem, ale tak jak było kiedyś, te bardziej żelazne pary, inaczej funkcjonowały. Nie raz jak się czyta stare wywiady, to wspominają o tym, że jak jeździł z tym i z tym w parze, to on mu zawsze pomógł, ja jemu często pomogłem, często robiliśmy 5:1. To były takie czasy, gdzie tego typu jazdy było dużo.
Co następuje po ostatnim treningu? Przykładowo był on w piątek, mecz jest w niedzielę, co w tym czasie między treningiem, a meczem robi kierownik?
Łapię trochę powietrza i energii na mecz. Odpoczywam też delikatnie po tygodniu w pracy, ale ogólnie dużo się myśli o meczu i o tym, co trzeba przygotować na wyjazd. Najwięcej snu z powiek spędzają mi książeczki zdrowia. To jest najważniejsza rzecz. Jak któraś by zaginęła, lub bym zapomniał zabrać z Łodzi, to taki zawodnik bez tego nie zostanie dopuszczony do zawodów. Wyjazdy pod tym kątem są dużo bardziej stresujące. Jak jest mecz u siebie, to wiadomo, że jest łatwiej, ale też się staram być w dniu meczu na 6 godzin przed meczem, żeby wszystkiego dopilnować.
Czyli w sobotę nie zajmujecie się meczem?
Nie do końca. Często jak jedziemy w niedzielę, a w sobotę jest kolejka ligowa, to spotykamy się razem z trenerem i zawodnikami i oglądamy mecz rywala. Nie raz też oglądaliśmy Grand Prix. Często wtedy robimy to u mnie w domu, czasem jest przy tym jakiś grill. To też kwestia integracji drużyny, która jest bardzo ważna. Jest to więc czas lekkiego odpoczynku, ale też nie da się nie myśleć całkowicie o żużlu.
Bo to jest już ten moment, kiedy po piątkowym treningu chłopaki nie wyjeżdżają, tylko zostają w Łodzi?
Tak, wtedy mechanicy szykują motocykle. Właśnie dlatego często jest tak ustalane, że nie mamy treningu dzień przed meczem, żeby było więcej czasu na przygotowanie sprzętu, bo jednak on szybko się eksploatuje, szybko się brudzi. Aby umyć taki motocykl, to nie jest tak, że tylko myjką obmyje się z grubsza, tylko trzeba pół maszyny rozkręcić i wszystko doczyścić. Jest to bardzo czasochłonne, dlatego zawsze ten dzień przerwy staramy się zorganizować dla spokojnej pracy teamów zawodników.
Czy w tych piątkowych treningach też biorą udział nasi zagraniczni rajderzy?
To zależy od potrzeb i od terminarzy. Nie raz nie mogą w ogóle przyjechać na trening, bo mieli gdzieś tam ligę. Chcę podkreślić, że jest w tym sezonie bardzo duża chęć z ich strony, by brać udział w tych zajęciach. Basso był chyba na każdym treningu. Berntzon i Becker może nie na każdym, ale frekwencję mają wysoką.
Jak wygląda dzień meczu wyjazdowego?
Ciężko jest, kiedy mecz na wyjeździe mamy o godzinie 14:00. Wtedy wyjazd o 5 rano, po dojechaniu na miejsce, na 6 godzin przed meczem, mamy obchód z komisarzem toru. Robimy sobie rundkę po owalu, tam sobie kopniemy, tu sobie kopniemy. Oglądamy jakieś newralgiczne miejsca. To jest już duży obszar do rozmów z trenerem i patrzenia na to pod kątem jak trener ma zaplanowany mecz i czy przyjęte założenia będą mogły w takich warunkach, które zastaliśmy na stadionie, funkcjonować. Warto też wiedzieć, że w tym czasie zawodnicy nie mają prawa wejść na tor. Mogą to zrobić najwcześniej półtorej godziny przed meczem. Dlatego wiedza, jaką otrzymają od trenera lub ode mnie, jest dla nich istotna. Dzwonią nieraz jeszcze z drogi i pytają jaka jest sytuacja.
Ile czasu przed meczem przyjeżdżają zawodnicy?
Zawsze przed meczem wysyłam im notkę, taki plan dnia i zaznaczam tam, by byli trzy godziny przed meczem. Jednak jeśli jest kontrola techniczna, to lepiej być cztery godziny wcześniej. Jeśli tej kontroli nie ma, to trzy godziny nam wystarczą. Jest to czas, kiedy mogę każdego zawodnika złapać, spisać numery silników, ich obsady teamów.
Ile jest tej papierologii?
Sporo. Muszę zrobić zgłoszenie drużyny do zawodów i dopóki tego nie zrobię, jestem cały w nerwach. Jak już zgłoszę, to najgorsze ciśnienie ze mnie schodzi. Wtedy tylko czekam na mecz. Muszę między innymi spisać numery silników i tam nie mogę się pomylić. Może dojść do takiej sytuacji, że jakaś cyferka mi się omsknie i zamiast 084 napiszę 083. W sytuacji jeśli mecz był na styku i ktoś oprotestuje któregoś z zawodników i zobaczą, że był podany inny numer silnika, niż jest faktycznie, wtedy punkty takiego zawodnika są zerowane ze wszystkich biegów. Jeśli zawodnik zdobył 10 punktów, w takiej sytuacji skończy z zerem. Powiedzmy, że nagle z wyniku 50:40 robi się 50:30, albo co gorsza 40:40. Nie wiem, co bym ze sobą zrobił w takiej sytuacji.
Kiedy podajecie ostateczny skład?
Półtorej godziny przed meczem. Jest to taki totalny deadline, kiedy muszę mieć już gotowe zgłoszenie, ze wszystkimi rzeczami wypisanymi. Dołączam oczywiście też wszystkie licencje i książeczki zdrowia.
Kartkę zanosisz do sędziego, czy odbywa się to elektronicznie?
Teraz jest to już częściowo elektroniczne. Mamy taki system, nazywa się Karta Speedway Ekstraligi. Tam wszystko wpisuję, później to drukuję i zbieram podpisy od zawodników.
Skąd masz drukarkę na wyjeździe?
Muszę korzystać z drukarek klubów lub szukać innych rozwiązań. Miałem z tym różne przeboje. W zeszłych latach było tak, że miałem ze sobą swoje zgłoszenie, skład znałem już wcześniej, więc wypisywałem to na komputerze, a później dopisywałem tylko numery silników. Było mi wtedy o wiele łatwiej. Wtedy to ode mnie zależało, kiedy będę miał to zgłoszenie gotowe. Teraz miałem sytuację, że już wszystko wpisałem elegancko do komputera i później był problem z wydrukiem. Tak było na przykład w Rzeszowie, tam to był w ogóle jakiś żart. Musiałem po drugiej stronie stadionu szukać drukarki. Oczywiście sędzia wiedział o tym, że mam takie problemy. Zacząłem się wtedy pomału spóźniać z tym zgłoszeniem, ale to nie była moja wina i sędzia to rozumiał. Za łatwo też nie było w Bydgoszczy. Pojawił się pomysł, żebym miał swoją przenośną drukarkę, ale do tego nie doszło.
Czy macie jakiś wpływ na dietę chłopaków?
Próbujemy, szczególnie przed sezonem. Z Michałem Płachcińskim, który dbał o przygotowanie fizyczne, to wszystko było ustalane. Zawodnicy otrzymywali konkretne wskazówki, mieli robione pomiary i to było kontrolowane. W trakcie sezonu może i by wypadało coś takiego robić, ale wierzymy w profesjonalizm zawodników. My z resztą widzimy też to gołym okiem, że zawodnicy dbają o siebie. Idealnym przykładem dbania o formę fizyczną jest Daniel Kaczmarek. Jak przyjeżdża do Łodzi, te dwa dni przed meczem, to zdarzy mu się pojechać właśnie do Michała na indywidualny trening fizyczny, pójdzie pobiegać do parku. My zakładamy i wierzymy, że to są zawodowcy, sportowcy i dbają o siebie w odpowiedni sposób.
Zawodnicy „dmuchają w balonik” przed meczem?
W tym sezonie zdarza się to bardzo często, nawet ja kilka razy dmuchałem. Najczęściej sprawdza się dwóch zawodników i kierownika drużyny.
Po złożeniu dokumentów, po obchodzie, jest jakaś narada?
Tak, każdy musi swoje odczucia co do toru wypowiedzieć. Trzeba z tego wyciągnąć średnią, bo te odczucia się często różnią.
Czy oni stosują się do ustaleń? Czy część mówi - ja w to wchodzę, a część i tak robi po swojemu?
Nie ma nigdy przymusu. To zawodnik musi czuć motocykl i tor. Rzadko się zdarza, że trener podchodzi do zawodnika i mówi, że musi daną zębatkę założyć. Na takiej naradzie można mówić o odczuciach, że według mnie tor jest względnie przyczepny, ale po jakimś czasie może zrobić się twardy. Też musimy szukać, jak ten tor będzie się zachowywał później w trakcie zawodów. Wtedy zawodnik musi wiedzieć, że na początek zawodów trzeba założyć większą zębatkę, bo tor jest przyczepny, ale zaraz będzie musiał ten sprzęt sobie osłabić, bo tor się przesuszy. Ten motocykl będzie trzeba wtedy już inaczej ustawić. Jest to na zasadzie ogólnych odczuć, ale to zawodnik zna swoje silniki, strategię z mechanikami i to oni muszą już we własnym zakresie odpowiednio te motocykle ustawić. Chyba, że mówimy o juniorach, wtedy trener faktycznie może powiedzieć, żeby założyli coś konkretnego, bo juniorowi brak jeszcze tego doświadczenia.
To trener decyduje, kto wyjedzie na próbę toru?
Decyduje trener w porozumieniu z zawodnikami.
W ubiegłym roku prezes Witold Skrzydlewski nalegał, żeby na próbę toru wyjeżdżała para, która ma jechać pierwszy bieg. Co jest częstą praktyką w drużynach?
Zgadzam się, ale czasem są od tego odstępstwa, bo na przykład Gapa może stwierdzić, że on nie chce jechać na próbę toru, wtedy jest szukany ktoś innych kto chce sprawdzić nawierzchnię.
Dlaczego zawodnik może nie chcieć wziąć udziału w próbie toru?
Może nie chcieć sobie namieszać w głowie. Ma jakiś przyjęty plan na mecz, a ta próba może mu wszystko wywrócić i zamiast realizować założenia, będzie nerwowo próbował coś zmieniać.
Po próbie toru ponownie jest narada?
Tak, my podczas próby toru łapiemy jeszcze czasy. Daje to nam porównanie z rywalem i jeśli to jest mecz u nas, to mamy porównanie do czasów na treningach. Jeśli ten czas jest podobny do tego z treningu, to mamy już wniosek, że tor bardzo prawdopodobnie jest przybliżony do tego, na którym ćwiczyliśmy. Bywało też tak, że te czasy były różne i znaczy to, że coś jest nie tak.
Co myślicie, jak jest duża różnica na próbie toru w porównaniu do czasu rywala?
To się zdarzało szczególnie w zeszłym roku. W tym roku wygląda to już o wiele bardziej optymalnie. W zeszłym roku mi ręce opadały jak mierzyłem czasy naszym i rywalom, te różnice były bardzo duże. Poprzedni sezon był jaki był, ale nie ma co się nad tym już rozwodzić
To o co teraz zapytamy, jest jednym z najczęściej zadawanych pytań przez kibiców. Jak to jest możliwe, że przyjeżdżają goście i jeżdżą lepiej od nas, mimo że to nasi znają ten tor?
Pierwszą rzeczą jest to, że mają świeże głowy. Nie mają żadnych przekonań wobec toru. Przyjeżdżają, oglądają stan faktyczny, do tego stanu się dostosowują i często im to po prostu wychodzi. Dla nas, co by nie było, tor może okazać się różny, ale zawodnicy mimo wszystko mogą się sugerować treningiem. Jakieś założenia w głowie zostają i to może zrujnować mecz. Miejscowy zawodnik może mieć problem, by odciąć się całkowicie od tego co było. Klapki na oczy i jedzie tak jak na treningu, bo przecież pasowało.
Kiedyś kierownik pojawiał się jeszcze z drużyną na prezentacji.
Kiedyś tak było, ale już się skończyły te czasy, odkąd przejęła nas Ekstraliga. Tu od dawna jest tak, że na prezentację jadą tylko zawodnicy. Te zasady przeszły również na naszą ligę. Na prezentację udają się tylko zawodnicy i drużynę reprezentuje kapitan. Już nie kierownik drużyny, lub trener, tak jak kiedyś było wymiennie. Mógł być wtedy trener, kierownik lub menadżer, najczęściej to byłem jednak ja.
Czyli w czasie, gdy zawodnicy witają się z kibicami, macie z trenerem czas w parku maszyn…
Możemy rozmawiać o tym, jakie mamy odczucia i nawet jeśli to jest wyjazd, możemy sobie trochę rzeczy zaplanować. Rozważamy różne scenariusze, na przykład, co jeśli będziemy przegrywać 6 punktami? Trzeba być przygotowanym na różne scenariusze.
Dochodzimy do momentu, że zaczyna się mecz. Co wtedy robisz jako kierownik drużyny? Widzimy nie raz, że bardzo dużo biegasz. Po co i gdzie tak biegasz po tym parku maszyn? Czego w trakcie meczu pilnujesz?
Tych obowiązków w trakcie meczu jest bardzo dużo. Najważniejsze czego pilnuję, to czas 2 minut lub 1 minuty, czego zabrakło ostatnio w Częstochowie. Ja jestem zawsze ze stoperem w ręku, więc nigdy nie doprowadziłbym do tego, co wydarzyło się w Częstochowie. Pilnuję kolorów kasków, pilnuję numerków na plecach, szczególnie przed pierwszymi wyścigami. Wiadomo, później ich już sobie nie zmienią. Jednak podczas pierwszych wyścigów zawsze tego pilnuję, czy to aby na pewno ten numer. Cały czas też jestem w kontakcie z trenerem. Musimy reagować na bieżąco. Jak przegrywamy, to temperatura takiego meczu bardzo wzrasta. Nawet w trakcie przerw technicznych bardzo często patrzę na tor, bo trener jest z zawodnikami na naradzie. Ja też staram się na tych naradach być, ale nieraz zerknę okiem jak jest prowadzona kosmetyka toru. Jeszcze kwestia mechaników. Szczególnie w Rybniku miałem bardzo dużo roboty, bo tam z racji zapowiadanych opadów, bardzo szybko zmieniała się sytuacja, jeżeli chodzi o równania. Mechanicy w pewnym momencie już nie wiedzieli, czy będzie ta przerwa, czy mają więcej czasu, czy mniej, więc musiałem ciągle do zawodników i mechaników podbiegać. Była taka sytuacja, że Becker się szykował na 9 bieg bodajże, bo myślał, że zaraz jedzie, a okazało się, że była ostatecznie przerwa. Powiedziałem mu, żeby zdjął kask i że ma jeszcze trochę czasu, bo będzie krótkie równanie. Muszę tego pilnować, żeby zawodnicy wiedzieli, kiedy mają być przygotowani do startu.
Sprawdzasz też sprzęt przed wyjazdem?
Tak, też to sprawdzam. Muszę sprawdzić czy jest deflektor, jeśli ktoś wyjedzie bez niego, to nie zostanie dopuszczony do wyścigu. Kontroluję czy jest dobrze tłumik zainstalowany, czy tam się coś nie rusza, nie buja, bo za takie rzeczy zawodnik zostanie wykluczony. Pilnuję też czy motocykl jest zatankowany. Trzeba nawet takich pozornie drobnych rzeczy doglądać. Na przykład w meczu z nami Rzeszów pomylił kaski. Wtedy Jesper Knudsen wyjechał ze złym kolorem. Widziałem to od razu, jednak nie odzywałem się, stwierdziłem, że niech sobie tak wyjeżdża. Będzie wykluczony, to zawsze będzie nam trochę łatwiej. Zauważyli to jednak wystarczająco wcześnie i zareagowali.
Po co w trakcie meczu wchodzisz do tej budki telefonicznej?
W zależności od sytuacji. Przez tę budkę telefoniczną zgłaszam zmiany. Mogę mieć też uwagi do wyścigu. Oczywiście sędzia i tak się nigdy nie przychyli, ale ja to i tak robię z uporem maniaka. Czasem tych telefonów do sędziego jest bardzo dużo, ale taka moja robota.
W 2. Metalkas Ekstralidze nie ma telewizorków w boksach i powtórek, więc podczas składania uwag opierasz się jedynie na tym, co widziałeś?
Tak. Miałem też taki pomysł, żebyśmy zrobili sobie taką strefę, w której wystarczyłoby postawić telewizor i widzielibyśmy od razu, jak zawodnicy ustawiają się na starcie.
Moglibyśmy mieć od razu co do tego swoje uwagi, bo aktualnie z parku maszyn to za dużo nie widać.
Niestety pomysł finalnie nie został zrealizowany, pewnie ze względów finansowych, chociaż sprawdziłem i jest to zgodne z regulaminem.
Gdy zaczynałem jeździć za Orłem, to nie zaskoczyło mnie najbardziej to, że na innych stadionach warunki nie są takie jak na Moto Arenie, zaskoczyły mnie za to parki maszyn, których rozmieszczenie różni się znacznie od tego, które mamy w Łodzi.
Ja zawsze najwięcej kilometrów robię w Poznaniu i Gdańsku. Chociaż po Rzeszowie też miałem zakwasy od podbiegów tam. Bardzo lubię mecze domowe. Poza tym słońcem, które świeci prosto w twarz. Podczas meczów w Łodzi nie muszę się za wiele poruszać, a mam kontrolę nad wszystkim, co bardzo mi się podoba.
Mecz to także zmiany, roszady taktyczne. Ile jest prawdy w tym, że to wcale nie jest takie dobre i proste, że zawodnik jedzie dwa biegi pod rząd?
Było to widać po Bartkowiaku w Ostrowie. Generalnie powinno się unikać sytuacji, że zawodnik jedzie bieg po biegu, ale czasem nie da się tego inaczej zrobić, bo jest pęd w meczu, musimy ratować wynik. Ktoś totalnie zawala mecz, a jednocześnie ktoś inny robi całkiem przyzwoity wynik, to logiczne, że powinno się to wykorzystać. Na przykład bieg po biegu mieli w Poznaniu Becker i Berntzon, ale musieliśmy reagować, żeby troszeczkę podgonić. Nigdy nie jest to jednak dobre ani dla zawodnika, ani dla sprzętu, a jak ktoś ma trzy biegi pod rząd, to nie ma takiej mocy, żeby on te trzy wyścigi dobrze pojechał. Zawsze któryś bieg nie wyjdzie, bo nie da rady fizycznie, lub sprzętowo. Jazda na motocyklu jest wymagająca, zwłaszcza jak tor jest trudny. Wiadomo, ręce się pompują, ale również sprzęt też puchnie, bo te silniki osiągają horrendalne temperatury. Może wystąpić takie zjawisko, że te części w motocyklu lekko spuchną od temperatury i silnik nie jest wtedy już taki efektywny.
A zawodnik nie może wtedy wziąć drugiego motoru?
Przeważnie zawodnik jeździ na jednym i jeśli ten jeden mu odpowiada, to będzie tylko na nim jeździł. Ten drugi jest zapasowy.
Jak jeden? Oglądam ekstraligę i tam się emocjonują, że zawodnik już na przykład na trzecim jedzie?
Jak komuś nie idzie, to zmienia. Szuka. Jak dajemy kogoś z rezerwy taktycznej, to przeważnie temu komuś dobrze idzie, więc katuje ten jeden motocykl. Nikt nie robi tak, gdy ma bieg po biegu, że bierze drugi motor.
Team nie może przygotować drugiego motocykla w taki sam sposób?
Nie, tam jest już inny silnik, inne ustawienia. Ten silnik może być inaczej złożony i nawet jak zostaną założone te same zębatki, ten sam zapłon, ta sama dysza, to i tak zagra inną melodie. Nie raz się tak zdarzy, że zawodnik sobie wybierze dwa identyczne silniki, a one i tak nie będą identyczne.
Wynika to z tego, że jeden w trakcie sezonu będzie bardziej wyeksploatowany?
Nie, każdy silnik ma swoją duszę. Już teraz tuningowanie silników jest zautomatyzowane, ale nadal ciężko jest zrobić dwa identyczne silniki.
Co kierownik robi po zakończonym meczu?
Pierwszą rzeczą, której muszę dopilnować, to właśnie motocykle. 15 minut po zakończeniu meczu motocykle oddawane są do strefy „parc ferme”. Też pewnie zauważyliście, że to jest odgrodzone i wszystkie używane motocykle muszą tam się znaleźć i odstać tam swoje 15 minut, bo tyle czasu mamy na wniesienie protestu. Właśnie wtedy na przykład kierownik drużyny przeciwnej może zawnioskować o sprawdzenie silnika danego zawodnika. Trzeba przy tym wpłacić kaucję. Nam jeszcze się nie zdarzyło, żeby nas ktoś zgłosił, ja też jeszcze nigdy nie wnioskowałem o sprawdzenie motocykla zawodnika z drużyny przeciwnej.
To jest te 15 minut, kiedy wszyscy zostają na swoich miejscach teoretycznie, ale chłopcy mogą się przebierać?
Tak, mogą. Tylko te motocykle nie mogą w tym czasie opuścić strefy parku maszyn, bo jeśli któryś z motocykli tę linię przekroczy, to też możemy zaprotestować. Wtedy możemy zrobić zdjęcie, że ktoś te motocykle wyprowadził i jest bardzo duża szansa, że punkty takiego zawodnika zostaną odjęte.
I Ty tych 15 minut pilnujesz?
Pilnuje tego komisarz i gdy te 15 minut minie, daje znać, że chłopaki mogą już pakować motocykle do busa. Kolejna sprawa, którą się zajmuję, to protokół. Idziemy do pokoju sędziowskiego na zebranie, które jest nagrywane. Wyrażamy swoją opinię na temat meczu, każdy może coś tam od siebie dodać. Przeważnie są to tematy wydarzeń na torze, kontrowersji, stanu toru. Jak każdy wyrazi swoją opinię, to na koniec sekretarz przynosi protokół, który wcześniej jest prowadzony przez sędziego. Podpisujemy się. Kiedy protokół ma wszystkie podpisy i pieczątkę, jest kompletny i dopiero wtedy mecz się kończy.
To jest po tym jak wyprowadzasz zawodników do kibiców, czy przed?
Po. Wyprowadzam zawodników od razu, w trakcie tych 15 minut. Sędzia też potrzebuje trochę czasu. Często jest tak, że ten protokół jest sprawdzany na górze, na wieżyczce. Właśnie wtedy te 10-15 minut mija. My w tym czasie zdążymy wyjść do kibiców i przeważnie się to wszystko fajnie zbiega, że jak wracamy od kibiców, to akurat te 15 minut mija i idziemy do sędziego.
Czy jako drużyna gospodarzy możecie po meczu podejść do kibiców pasem bezpieczeństwa? Zazwyczaj po ostatnim biegu, dziękujecie kibicom z toru, dlaczego?
Jest to takie przyzwyczajenie z pandemii. Wtedy w regulaminie było, że możemy wyjść do kibiców do połowy toru. Dzisiaj już tego zapisu nie ma, więc możemy przyjść pasem bezpieczeństwa. Ma to swój urok, ale jednak to śpiewanie i klaskanie fajnie jest z toru widać. (Rozmawialiśmy przed meczem z Ostrowem Wielopolskim, po tym spotkaniu Mateusz wyprowadził drużynę na pas bezpieczeństwa)
JUTRO CZĘŚĆ DRUGA WYWIADU:
Trafił do parku maszyn gdy miał 6 lat. Jest tam do dzisiaj, tylko jego role się zmieniały. Mateusz Matusiak, kierownik drużyny H. Skrzydlewska Orzeł Łodzi opowiada nam o swojej drodze przez żużlowy świat.
— Słyszałem już niejedną opinię, że jestem chodzącą encyklopedią, jeżeli chodzi właśnie o żużel i wyniki naszego klubu — przyznaje Patryk Sobczyński.
Subiektywny, ironiczny, wybiórczy, czasami poważny przegląd wydarzeń na torze i wokół niego.
Subiektywny, ironiczny, wybiórczy, czasami poważny przegląd wydarzeń na torze i wokół niego.
Kacper Zieliński o Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów, swoich ostatnich zawodach w Czechach i ambitnych planach na przyszłość.
Marcin Nowak o początku sezonu, przygotowaniach do meczu z Krosnem i o tym, jak kluczowa dla wyników jest atmosfera w drużynie.
Robert Chmiel o przyszłotygodniowym meczu w Łodzi, gdzie pojawi się jako „Wilk” z Krosna. Wracamy także do jego ubiegłorocznych startów w barwach Orła.








