11/08/2026
Start Czytelnia Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków

Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków

21 lipca 2024
Historia kołem się toczy, a pasja przechodzi z pokolenia na pokolenie
Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków

Uwielbiamy żywe historie, które powstały na trybunach. Dzisiaj chcemy Wam przedstawić rodzinę Walczaków, w której pasja do żużla przechodzi z pokolenia na pokolenie. Janusza Walczaka na mecz zabrał dziadek, lata później przyprowadził on na stadion swojego syna Łukasza, który teraz w świat żużlowy wprowadza córkę.

 

Łukasz Walczak - syn

 

Skąd się zrodziła u ciebie pasja do żużla?

Żużlem zarazili mnie rodzice, którzy chodzili na mecze. Ja zacząłem, gdy miałem pięć lat. Był 1995 rok, kiedy w Łodzi reaktywowano zespół pod nazwą SC Holiday. Zajawka pojawiła się razem z rosnącym poziomem adrenaliny we krwi, zapachami, które unosiły się w powietrzu. Muszę też wspomnieć o rodzinnej atmosferze, którą czułem na stadionie. Dziś na trybunach panuje nieco inny klimat, jednak sztafeta pokoleń trwa nadal. Córkę zabrałem na mecz, gdy skończyła cztery lata. Młodej bardzo się spodobało, czym pobiła rekord, została najmłodszym kibicem w naszym klanie. Jest to sport rodzinny. Na żużel zawsze przychodziły całe klany, nawet z dzieciakami w wózkach. I wciąż przychodzą.

 

Kto w waszej rodzinie może się poszczycić największą wiedzą o żużlu?

Zdecydowanie mój tata. Pamięta doskonale zamierzchłe czasy starych klubów - Tramwajarza oraz Gwardii. Kiedyś pomagał w parku maszyn. Podobnie jak ja swojej córce, on mi przekazał pasję do czarnego sportu. Mimo że za dzieciaka zawodowo trenowałem piłkę nożną, żużel był u mnie zawsze na pierwszym miejscu.

 

Czy twoje kibicowanie w młodości różni się czymś, od kibicowania jako głowa rodziny?

Myślę, że nie. Nie dostrzegam żadnej różnicy. Oczywiste jest, że maluchowi mecz sprawia frajdę z uwagi, że może oglądać rozpędzone maszyny. Córka od zawsze była „chłopięca” i wolała zabawkowe traktory czy motocykle od lalek. I tak zostało. Z roku na rok idzie to dalej, powoli uczy się przyśpiewek.

Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków
Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków

Co jest dla ciebie najbardziej pociągające w żużlu?

Zapach, który jest jedyny w swoim rodzaju. Chociaż w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat zmienił się rodzaj sprzętu. Mam na myśli m.in. tłumiki, za tym dzisiejsze doświadczenie na stadionie dla kibiców jest trochę inne. Pamiętam, że dla mnie kiedyś oberwanie czarną nawierzchnią toru było czymś super. Wracało się do domu całym utytłanym, ale przeszczęśliwym. Oczywiście głównie liczą się żywe emocje podczas okrążenia. Tego nie da się przeżyć oglądając ten sport w telewizji. Trzeba poczuć atmosferę, włączyć się w kibicowanie. Dawniej fanklub prowadził mój tata ze znajomym. Lata leciały, tamta ekipa się z naturalnych powodów rozeszła, razem z ich unikalnym klimatem, ale teraz jest nowe pokolenie. Kolejne osoby wkręcają się w ten fantastyczny świat, choć oczywiście jest on też inny. Na starym stadionie kibice nie mieli problemu, by po meczu być z zawodnikami w parku maszyn. Można było porozmawiać, zrobić sobie zdjęcie, a nawet wspólnie przygotować grilla albo wyjść do knajpy z całą drużyną.

 

Kiedyś zawodnik był bliższy kibicowi?

Zależy od zawodnika, są tacy, którzy trzymają się blisko fanów. Mogę podać przykład naszego byłego zawodnika Jakuba Jamróga, który był bardzo zżyty z nami. Tak samo Marcin Nowak. Nie ma już wspomnianej bliskości, zmieniają się przepisy, których należy przestrzegać. Myślę, że dotrzemy do momentu, kiedy po meczu do kibiców czekających na tę chwilę rozmowy, fotkę będą wychodzić wszyscy zawodnicy.

 

Czy masz ulubionego zawodnika wszech czasów?

Jest to obecnie emerytowany zawodnik Sam Ermolenko. Był to rajder, który miał jedną nogę krótszą z powodu wypadku. Ignorując przeciwności losu w roku 1993 w Pocking zdobył tytuł mistrza świata. Jednak w historii łódzkiego żużla przewinęła się naprawdę masa świetnych zawodników, zarówno z zagranicy, jak i z kraju.

Łukasz Walczak z córką

Janusz Walczak - tata

 

Jak zaczęła się pana przygoda z żużlem i kibicowaniem?

Zaczęło się jeszcze jak była stara Gwardia. Gdy byłem dzieciakiem, to dziadek mnie zabrał po raz pierwszy na żużel. Byłem kilka razy i spodobało mi się. Później była długa, długa przerwa, aż nie powstało SC Holiday. Pan Sławek Walczak założył to w spółce z Grajewskim, jeśli się nie mylę. Na pierwszy mecz SC Holiday chciałem zabrać żonę, ale się rozpadało, więc spotkanie zostało przełożone, w nowym terminie była ze mną na stadionie i spodobało jej się. Wtedy fajni ludzie chodzili na żużel. Założyliśmy fanklub, byłem tam prezesem, drugi kolega był wiceprezesem i z nami był jeszcze jeden kolega, co niedawno zmarł, taki Kazik „Zakręcony”. To my żeśmy ten stary fanklub założyli.

 

Jak zarządzanie takim fanklubem wyglądało?

To nie było oficjalnie zarejestrowane jako stowarzyszenie, tylko byliśmy grupą ludzi, którzy adorowali żużel, jak ja to nazywałem. Jednak załatwialiśmy autokary na wyjazdy, często po znajomości, a jak mniej ludzi było to busy. Pamiętam, taką sytuację z tym Kaziem „Zakręconym”, był on tak bardzo oddany temu wszystkiemu. Kiedyś jak mieliśmy jechać do Rybnika na mecz, a prawie nikt nie przyszedł na ten autobus, to jeździliśmy pod mieszkania tych ludzi. Jeden był chory, inny nie może, bo coś tam mu wypadło. Okazało się, że my w piątkę do Rybnika pojechaliśmy autobusem. Trzeba było jednak autobus opłacić. Kazik wziął kredyt i zapłacił to sam. Taka sytuacja miała miejsce dwa razy, że Kazik sam za autobus płacił ze swoich pieniędzy. Wtedy tacy byli ci ludzie, że tak to nazwę „zboczeni” na punkcie tych dwóch kółek. Z takich rzeczy, które jeszcze pamiętam to, żebyśmy się wyróżniali, mieliśmy wydrukowane plakietki. Każdy miał swoją z imieniem, nazwiskiem i ze zdjęciem. Później sponsor główny Grajewski zafundował nam koszulki z logo fanklubu. Były nietypowe jak na tamte czasy, bo to był tak zwany flok, nie taki zwykły sitodruk, tylko jak coś wprasowanego. Pamiętam też barwy klubu. Każdy się z nas śmiał, bo to była flaga holenderska tyle, że do góry nogami. Dopiero jak Witold Skrzydlewski przejął klub, to barwy się zrobiły biało-niebieskie. Z takich dawnych historii, to mogę opowiedzieć jeszcze jak z wiceprezesem z fan klubu dorabialiśmy sobie i opisywaliśmy mecze dla Dziennika Łódzkiego. Ze Sławkiem przygotowywaliśmy skrót z meczu, pan redaktor z Dziennika Łódzkiego nie lubił żużla i na mecze nie chodził więc nam płacił za to, że nie musiał się z tym wszystkim babrać, tylko sobie przeredagowywał nasze teksty. Tym sposobem mieliśmy dodatkowe pieniądze na wyjazdy.

Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków
Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków

A jaka była atmosfera wśród kibiców?

Wtedy była trochę inna mentalność ludzi. Pilnowaliśmy tego, żeby jak ktoś się nie nadawał, ktoś robił burdy, upijał się, to takich ludzi wyrzucaliśmy. To była inna bajka. Jak już chodziliśmy na mecze z Łukaszem, kiedy był on jeszcze mały, to szedł sobie i siedział sam. Z żoną się nie musieliśmy o niego martwić. Tu wujo dał jeść, tam ciocia dała pić. Pobawił się z kolegami na stadionie. Na koniec ktoś go przyprowadził umorusanego. Dziecko na stadionie to była świętość. Nikomu nie wolno było na dzieciaka krzyknąć. Każdy dbał o swoje i o obce tak samo i interesował się, czy krzywda się żadnemu nie dzieje. Jak mieliśmy jedzenie dla swojego dziecka, to wiadomo, że dzieliliśmy się tak samo z innymi dziećmi. Kiedyś też było się łatwiej dogadać. Potrzebowaliśmy zrobić zbiórkę dla syna naszego kolegi. Chłopak był niepełnosprawny, jeździł na wózku, prawie nie widział. Poszliśmy wtedy do Grajewskiego, że chcemy zrobić zrzutkę na stadionie na leczenie dla tego chłopca. Miał on do Rosji jechać, bo tam najlepiej operacje na oczy robili, najlepsi okuliści tam byli. Grajewski nam wtedy powiedział, że na meczu niezbyt, to my od razu zaczęliśmy szukać. Zorganizowaliśmy turniej i ściągnęliśmy trzech mistrzów świata. Takie małe Grand Prix zrobiliśmy. Było to w latach 90. Uzbieraliśmy kupę kasy, ale nadal było za mało, więc sami zawodnicy się dorzucili. Ermolenko u nas jeździł, był ściągnięty Tony Rickardsson i jeszcze dwóch Amerykanów. Jak się dowiedzieli, że my zbieramy na tego chłopca, to każdy z nich przekazał nam pięć tysięcy zielonych. Także od czterech zawodników dostaliśmy od razu dwadzieścia tysięcy dolarów.

 

Wspominał pan wcześniej, że pana dziadek również chodził na stadion, może opowiadał coś o tych wcześniejszych latach łódzkiego żużla?

On chodził na żużel jeszcze za czasów Gwardii i wcześniej Tramwajarza. Czasy Gwardii to i ja pamiętam, bo babcia mieszkała na Żeromskiego i miałem tu rzut beretem na stadion. Już za dzieciaka te dwa koła mnie zaczęły interesować. Pamiętam, że kiedyś poszedłem na trening bez zgody mamy. Wtedy trenowali co drugi dzień co najmniej, a czasami to nawet codziennie. Zawodnicy nie mieli kevlarów, jeździli w normalnych kufajkach. Poszedłem do szkółki żużlowej, by trenować, ale po dwóch tygodniach ze szkółki mnie wyrzucili. Powiedzieli, że się nie nadaję, bo jestem zbyt agresywny w stosunku do jazdy, bo umiałem po dwóch tygodniach objechać zawodników startujących w lidze. Pamiętam, że wtedy jeszcze bandy były drewniane. Potrafiłem wjechać na tę bandę i z powrotem spaść na szlakę. Kiedyś nawierzchnia też była inna. Pokrywało ją to, co było wypalone w parowozie. Jak ludzie siedzieli na wirażu i mieli gazetę, to zasłanianie się nią nic nie dawało. Pamiętam nawet jak ta szlaka, była dostarczana na stadion. Mieszkałem przy Włókniarzy i widziałem jak przyjeżdżali tymi parowozami i wyrzucali to wszystko, co potem miało iść na tor. Później podjeżdżały małe wywrotki, i po przesianiu, to szło na tor. Jednak po takiej dosypce był problem, by to było równe. Kiedyś zadzwoniono do łódzkich browarów, przyjechały cztery tiry wypełnione piwem, by były jeszcze cięższe i one ubijały ten tor.

Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków
Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków

Czy umiałby pan wybrać swój jeden ulubiony mecz z całej historii żużla, którą pan zna?

Najfajniejszy mecz… pamiętam, że byliśmy na meczu w Grudziądzu. Voronkovs wtedy u nas jeździł. Wyniosło go tak po bandzie, że na nią wskoczył, przejechał kawałek i dopiero spadł. Motocykl na pół mu się rozwalił. On wstał, otrzepał się, podszedł do juniora Pawła Świerzba i krzyknął „dawaj maszynu będu jechać”.

 

Chciałabym jeszcze spytać, jak wyglądały kiedyś relacje między zawodnikami, a kibicami?

Po meczu to już nie było podziału na zawodnika i kibica, byli tylko znajomi. Przecież kiedyś Ermolenko tak dużo z nami wypił, że musieliśmy się zrzucać na taryfę dla niego do Warszawy, bo miał następnego dnia mecz w Anglii. Na szczęście taryfiarz był naszym kolegą, więc go zawiózł pod samo lotnisko. Ludzie z trzonu tego fanklubu mieli jakieś znajomości i wszystko szło załatwić w moment.

 

Dużo nazwisk w tej rozmowie pan wspomniał, a czy miał pan swojego ulubionego żużlowca?

Bardzo sympatyczny po meczach był właśnie Ermolenko. On był chyba w 1993 roku mistrzem świata. Też jeździł u nas taki Węgier Zoltan Hajdu. Też bardzo sympatyczny. Uczyliśmy go polskiego. To był chłop do rany przyłóż. Był jeszcze taki młodziutki Charlie Gjedde. Usłyszał kiedyś od kogoś słowo „ku*wa” i jak już był po paru piwach to, gdy mijaliśmy jakąś dziewczynę, to on je krzyczał. Narobił nam obciachu. Dopiero później zorientowaliśmy się, że on miał 16 lat i przestaliśmy go częstować piwem. To były zupełnie inne czasy.

 

Rozmawiała Patrycja Pąśko

(zdjęcia archiwum rodziny Walczaków)

Czar dwóch kół w rodzinie Walczaków
Wstecz